poniedziałek, 20 maja 2019

Sadzimy kwiaty na balkonie – 10 rad dla początkujących

bratki, pelargonie, bakopa

1. Gdzie kupić sadzonki?

Gdziekolwiek. Nie łudź się, że jakiś sprzedawca ma lepsze od innych. Chociaż ktoś może mieć gorsze, to fakt. W tym roku na przykład w sadzonkach bratków znalazłam żyjące i wijące się Coś, co przypominało stwora z „Diuny” Lyncha (tylko w mniejszej skali). Może to była dżdżownica… Może...
Sadzonki najlepiej kupić tam, gdzie stosunek ceny do jakości jest odpowiedni (też mi nowina!). Roślinki powinny wyglądać zdrowo, najlepiej jeśli są rozkrzewione, z dużą ilością pąków, ale jeśli takie nie będą, to dzięki słońcu i nawożeniu i tak szybko urosną.
Ja osobiście lubię kupować na targu, bo świeci słońce i jest tak... prowincjonalnie. Aczkolwiek na targu występuje pewne zagrożenie (patrz: punkt 2).

2. Czego unikać przy zakupie sadzonek?

Namolnych sprzedawców. Nic tak nie odbiera przyjemności kupowania, jak sprzedawca chodzący za nami krok w krok i niecierpliwie potrząsający reklamówką (to się niestety zdarza na targu). Do tej pory kupowałam u takiego namolnego pana, bo ubzdurałam sobie, że ma najładniejsze kwiaty. W tym roku zmieniłam stoisko na takie, gdzie sprzedawała niegroźnie wyglądająca staruszka. I gdy zastanawiałam się, jakie sadzonki wybrać (a ja się bardzo długo zastanawiam), nagle jak spod ziemi pojawił się kolejny Namolny Pan – pomocnik staruszki. Żeby jakoś ostudzić jego handlowy zapał, poprosiłam o dwie bakopy (takie czekadełko), żeby mi spakował, i żebym mogła się zastanowić nad głównym daniem. I to był błąd. Namolny Pan wyczaił, że jestem gotowa oddać pół majątku za kilkanaście kwiatków, w sekundę spakował bakopy do reklamówki i łaził za mną, powtarzając w kółko: „Niech sobie pani spokojnie wybierze, proszę się spokojnie zastanowić…”, dokładając do tego swoje głupie rady w stylu, że poleca pelargonie dwukolorowe, których nie lubię. No szlag człowieka może trafić! Skończyło się na tym, że wybrałam za mało sadzonek i nie do końca te, co chciałam. Za rok pójdę do kogoś innego. Do olewającej mnie pani, która gada przez telefon. Przynajmniej naprawdę można się w spokoju zastanowić.

3. Jakie kwiaty wybrać?

Ha! Sama nie mogę się zdecydować! Polecam zajrzeć do moich kwiatowych doświadczeń: Balkon dla początkujących i Kwiaty na balkonie, czyli must have sezonu
Odradzam wsadzanie różnych gatunków do jednej donicy, bo w połowie sezonu zawsze jeden z gatunków zagłuszy drugi. Niektóre rośliny jednak tak pięknie się ze sobą komponują (biała bakopa plus różowa pelargonia – mój hit), że warto posadzić je po sąsiedzku.

Dla osób, które nie lubią grzebać w ziemi, polecam gotowe rośliny w amplach. Wychodzą nieco drożej (ok. 25 zł za amplę), ale od razu są pięknie rozkrzewione i wyglądają efektownie przez cały sezon.

4. Jakie doniczki?

Jeśli chcemy zawiesić rośliny na balustradzie, polecam plastikowe, choć nie cierpię plastiku. O wiele bardziej podobają mi się wiklinowe czy drewniane skrzynki. Jednak praktyka ogrodnika mówi: plastikowe. Z dobrej jakości plastiku, w kolorze neutralnym. Łatwo się je myje, nie zgniją, nie spleśnieją, posłużą długo, najlepsze prostokątne o długości 40 cm (wejdą do nich 2-3 sadzonki) lub 60 cm (4-5 sadzonek). Praktyczne i efektowne są też okrągłe donice ceramiczne, które możemy wykorzystać do większych roślin stojących.

5. Jaką ziemię kupić? 

Najtańszą. Uniwersalną. Nie warto w nią inwestować.

6. Czy stosować drenaż? 

Nie. Uważam, że to bezsensu, jeśli sadzimy kwiaty na jeden sezon. Wystarczą dziurki w doniczce (można je samemu zrobić rozgrzanym gwoździem). Keramzyt jest upierdliwy przy sadzeniu (bardzo lekki i niechcący miesza się z ziemią), poza tym ziemię bez keramzytu po sezonie kwiatowym można wsypać do ogródka. Dajcie sobie też spokój z hydrożelami i innymi wymysłami ogrodniczych potentatów. To wszystko ma na celu wyciąganie od Was kasy i mało ma wspólnego z ekologią.

7. Jak uniknąć bałaganu przy sadzeniu? 

To niemożliwe. Nie da się (chyba że jest się moją teściową). Rozkładanie gazet też niewiele pomoże, bo i tak ziemia nam się przesypie poza nie albo gazeta się przesunie. Po prostu nie przejmować się, nabałaganić, ile się da, a potem zamieść miotłą. Ubrać się byle jak i założyć rękawice ogrodnicze. UWAGA! Nie zapraszać do pomocy kota, bo bałagan będzie większy. Jak wiadomo kotki uwielbiają rozgrzebywać ziemię i testować nowe potrawy (bakopa jest bardzo smaczna, pelargonie również, a po nich kotki wymiotują). I odradzam sadzenie w czasie deszczu. Ja raz w zniecierpliwieniu popełniłam ten błąd i zaczęłam sadzić przy kropiącej mżawce. A sprzątanie mokrej ziemi to dopiero czad/masakra/upierd (zaznacz odpowiednie słowo).

8. Jak sadzić? 

Napełniamy 2/3 doniczki ziemią, robimy dołki, wsadzamy sadzonki i dopełniamy ziemią. Rośliny o długich pędach (np. pelargonie bluszczolistne) wsadzamy pod kątem 45 stopni (mierzymy bez kątomierza, na oko), tak, by oparły się o donicę. Jeśli tego nie zrobimy, silniejszy wiatr może je połamać.

9. Jaki nawóz najlepszy?

Do roślin balkonowych (zaskakujące, prawda?). Jeden na wszystkie rośliny. Nie bawmy się w inny nawóz do pelargonii, a inny do surfinii. Ja stosuję w granulacie (ok. 1/5 łyżeczki, tak na czubeczku, na butelkę 1,5 l wody), choć wygodniejsze są szyszki, które się wciska do donicy i, z tego co pamiętam, starczają na cały sezon (w połowie można dodać drugą).

10. Jak często podlewać?

Większość typowych gatunków balkonowych podlewamy, gdy rośliny mają sucho (ale np. begonie powinny mieć cały czas wilgoć). Zależy od pogody i gatunku – pelargonie w pochmurne, chłodne dni można podlewać nawet co 3 dni. Surfinie w upały nawet dwa razy dziennie (gorzej znoszą przesuszenie). Gdy ziemia zaczyna odstawać od doniczki, to już ostatni dzwonek na podlanie.

bratki, pelargonie, bakopa
Znajdź kota na tym obrazku. Powodzenia!


Przeczytaj również:

Balkon dla początkujących

Kwiaty na balkonie czyli must have sezonu

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Bratki - balkonowe czekadełko


Bratki to kwiatki długi czas przeze mnie nie docenianie. Nie lubiłam ich, bo kojarzyły mi się z siermiężnym PRL-em, kiedy to obsadzano nimi (na przemian ze śmierdziuszkami) wszystkie miejskie rabatki. Wydawały mi się oklepane i nijakie mimo kolorów. Poza tym, po co wsadzać kwiatki, które wytrzymają w doniczkach maksymalnie do lipca? Pelargonie i do grudnia nam nieraz wytrwają, a do listopada na luzie.
Ale bratki mają tę zaletę, że dzięki nim możemy aż o półtora miesiąca rozszerzyć okres kwiatowy na naszym balkonie, bo one nie boją się wiosennych przymrozków. A ten kto ma ukwiecony latem balkon, wie, jak denerwuje pusty zimą.
W tamtym roku zdecydowałam się po raz pierwszy na bratkowe szaleństwo i nie pożałowałam. Bratki były z nami od marca do sierpnia, a więc warto. A kto wybierze się po bratki na targ, zobaczy, że z tym oklepaniem i siermiężnym PRL-em to mit. W sprzedaży jest tak wiele kolorów, że można stworzyć naprawdę piękne, oryginalne kompozycje. Trudno dokonać wyboru, jeśli chcemy tylko kilka sadzonek. Tak, bratki zdecydowanie najładniej wyglądają, gdy połączy się różne ich rodzaje.

Wiosna w kwiecie wieku


Gdy się miało naście, dwadzieścia lat i zaczynała się wiosna, to wiadomo, co się działo… Człowiek czuł w środku coś takiego, ech… I zawsze współczułam starym (tzn. wtedy to były dla mnie osoby po trzydziestce), bo wydawało mi się, że jak się już ma męża, dzieci i parę dych na karku, to wiosna nie cieszy. A jednak okazuje się, że cieszy i to kto wie, czy nie bardziej. Dziś z niecierpliwością czekam na koniec kwietnia, gdy wyruszę na rowerze po kwiatowe sadzonki. A już teraz, miesiąc wcześniej mam zapowiedź tych przyjemności. Wiecie ile radości może dać człowiekowi pięć sadzonek bratków zakupionych w piękny, ciepły marcowy dzień? I to za jedyne 9 zł za 5 sztuk – tyle co piwo w kawiarnianym ogródku. Ech, zmieniają się priorytety na starość…







niedziela, 24 marca 2019

Aaa początki powieści tanio sprzedam



Pisarza poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, czy udało mu się skończyć to, co zaczął… A najczęściej się nie udaje. Przynajmniej mnie.
Początki powieści… Pisze się je tak łatwo. Są jak związki bez zobowiązań. Trochę przyjemności i niewiele trudu. Mam tych początków pełno w szufladach komputera…  Niektóre miały całą strukturę rozpisaną na sceny. Niektóre kończyły się na jednej stronie, inne po kilkunastu i kilku sążnistych rozdziałach. Cudne pomysły, plany, piękne początki. A realizację diabli wzięli. Utknęła gdzieś w oparach codzienności, przygnieciona domowymi obowiązkami…

O czym miał być ten kryminał? Za cholerę nie pamiętam. Ale zaczyna się interesująco:
Miron zdjąwszy buty, przekroczył próg komisariatu. Komisarz Malinowski zapalał właśnie kolejnego papierosa, gdy Miron wkroczył do jego pokoju. Na widok jego bosych stóp wybuchnął śmiechem:
– To nie meczet, chłopcze!  
– Rzeczywiście – odpowiedział Miron z pewną konsternacją – Przepraszam, panie komisarzu, ale mam cholernie pilną sprawę i nie pora teraz na rozważania o moich stopach. Czy moglibyśmy zostać sami? – spojrzał znacząco na sekretarkę Różę, która skrzywiła się lekko i nie czekając na polecenie szefa, wyszła z właściwym sobie brakiem wdzięku.
Co autor miał na myśli z tymi bosymi stopami? Nie mam pojęcia.

„Mordercy z Mazur” (thriller – krwawa zemsta mieszkańców mazurskiej wioski zabijanych regularnie przez przejeżdżające zagraniczne TIRy) zaczyna się niewinnie:
W poczekalni oprócz nich siedział tylko jakiś znudzony brodaty chłopak z tajemniczym koszykiem, z którego dochodziły dziwne dźwięki. Wiadomo było, że był w nim jakiś zwierz. Nie wiadomo było jaki. Oliwia nie zadawała sobie tego pytania. Zwierz brodacza jej nie interesował. Interesował ją tylko jej ukochany Misiaczek, który siedział obok niej i z którym za dwa miesiące brała ślub, oraz Piczu – urocza jorkszeterierka, o imieniu, które u ludzi wzbudzało dwuznaczne skojarzenia, ale Oliwii wydało się światowe i takie w stylu Paris Hilton. Piczu siedziała jej na kolanach zadowolona i nieświadoma zupełnie faktu, że lada moment przestanie być kobietą, to znaczy suką.
– O, smsa chyba dostałam – Oliwia ożywiła się pod wpływem krótkiego pipczenia, które dobyło się z jej torebki. Puściła ramię Misiaczka, wyjęła telefon komórkowy i odczytała wiadomość. – O rany! – spoważniała. – Ance się tips złamał, czujesz? – potarmosiła rękaw Misiaczka.

Historia następnego początku jest ciekawa. Najpierw rozpoczynał antyutopię społeczną rozgrywającą się w przyszłości, czyli w 2010 roku (sic!). Widać napisałam to w bardzo zamierzchłych czasach. Potem chyba uznałam, że jest to bardzo dobry początek, bo wykorzystałam go do thrillera medycznego. Zmieniłam tylko imię na Eryk. Oto to cudo:
Edward kontemplował beret siedzącej przed nim kobiety, który kojarzył mu się z owłosioną meduzą. Jak można coś takiego założyć sobie na głowę? Fuj. Marzł w nieogrzanym tramwaju i wkurzał się, że takimi samymi jeździł na studiach. Nie dorobił się własnego samochodu, a MPK nowoczesnych tramwajów.
Chwilę później, błądząc po hipermarkecie w poszukiwaniu zimowej kurtki, zastanawiał się, czy ludzie widzą, że jest pijany. Kolega namówił go na jedno piwo po pracy, a że Edek miał słabą głową, dwoma szybko się upił. Nienawidził kupowania zimowej kurtki. W ogóle nienawidził kupowania, szczególnie bez Aliny, która miała właśnie dyżur i kazała mu iść samemu. Pokręcił się bezsensu po sklepie i wyszedł. Miał kupić jeszcze mleko, ale nie chciało mu się stać w kolejce z jednym mlekiem. Wsiadł z powrotem w tramwaj i pojechał do domu. Nienawidził przychodzić do pustego domu. Włączył radio.

A to kolejny nieskończony thriller medyczny:
„Każdy pacjent jest dla nas zagadką, którą rozwiążemy!” – grzmiały bilboardy reklamujące Sko-med – jedną z dwóch prywatnych klinik w pewnym mieście średniej wielkości. Większą część plakatu zajmował przystojny lekarz w białym kitlu i czapeczce na głowie, a największą – jego powiększone oko przypatrujące się przechodniowi zza lupy. Oko zachęcające – błękitne i pozbawione komputerowo żyłek i innych obrzydlistw. Niestety, czy to przez niedopatrzenie jakiegoś creative directora z agencji reklamowej czy przez niedostatek umiejętności grafika, a może przez wyrachowaną zemstę lub też przez intrygi konkurencji – reklama posiadała pewien mały błąd. Otóż napis „KAŻDY PACJENT JEST DLA NAS ZAGADKĄ”, wydrukowany był wielkimi, czarnymi literami odbijającymi się na tle biało-zielonkawego szpitalnego tła plakatu. Natomiast część: „którą rozwiążemy!”, była dużo mniejsza, jakiegoś nieokreślonego koloru. Błąkała się gdzieś w okolicach powiększonego oka i pozostawała tam niezauważona przez większość ludzi.

Tu miała się dziać jakaś alpinistyczna makabreska, horror chyba, z tego co pamiętam:
– Syfiato – krzyknął Sylwek, zadzierając głowę w górę.
Trzydzieści metrów nad nim Roland zakładał stanowisko. Dzielił ich kawał pionowej granitowej ściany, która powoli wilgotniała od zaczynającego brzydko siąpić deszczu.
– Co? – krzyknął Roland, wytężając uszy.
– Mówię, że syf się robi. Na górze będzie gorzej.
– K… i tylko to mi chciałeś wyznać? – zapiszczał zirytowany, bo gdy się denerwował, jego głos wchodził w wysokie rejestry, ale łamał się brzydko, jak u przeżywającego właśnie mutację młodocianego sopranisty.
Roland nie lubił czczej gadaniny. W ogóle nie lubił za bardzo gadać, a gdy już piął się w ścianie szczególnie irytowało go, gdy ktoś dzielił się z nim informacjami nie mającymi związku z technicznymi problemami aktualnej sytuacji albo mówił o rzeczach oczywistych. A w górach każde zbędne słowo było dla niego niepotrzebną stratą energii. 

To miała być dramatyczna historia na jachcie, coś w rodzaju Noża w wodzie:
Jezioro Niegocin przybrało kolor i fakturę zmiętej, brudnej i bardzo dużej szmaty do podłogi,  ozdobionej pianą z detergentów do mycia. To według Jagody, która widziała je po raz pierwszy. Według Piotra wyglądało po prostu przygnębiająco. Wiktora z kolei wabiło spieniającym fale wiatrem, największym, przy jakim czuł się jeszcze pewnie za sterem jachtu.
Na ster musiał jednak jeszcze trochę poczekać. Łódź mieli odebrać dopiero o trzynastej. Na jachcie, który wkrótce miał się stać ich na dwa tygodnie, jak muchy w smole uwijały się jakieś dziewczęta. Łódź typu tango, o wdzięcznej nazwie Swawola, wypluwała z siebie coraz to nowe torby i plecaki wprost na drewnianą keję, prowadzącą od ciemnego jeziora na zieloną mokrą łąkę prywatnej przystani w Bogaczewie. Dziewczyny obficie polewały jacht wodą z jeziora, jakby nie dość im było mżącego deszczu. Żadna z nich nie wzbudziła zainteresowania Wiktora. Nie było po co dłużej tu moknąć. Cisnął niedopałek papierosa nieelegancko we wzburzoną toń i odwrócił się w stronę lądu. Milczące kroki zadudniły na pomoście. Za nim ruszyła, kuląc się z zimna Jagoda, za nią posępnie powlókł się Piotr.

„Tajemnica domu opieki” – i znów thriller medyczny podszyty wątkami autobiograficznymi.
Inżynier Tomasz Gołąb miał w swojej pracy wszelkie apanaże, jakie tylko może sobie wymarzyć trzydziestoletni inżynier z uprawnieniami i doświadczeniem. Miał służbowy samochód, służbowego laptopa, komórkę i ropy do samochodu ile dusza zapragnie, tak że mógł sobie wsiadać do swojego nowiutkiego jeszcze forda i jeździć bez celu nocami, do rana, po całym mieście, w tę i we wtę na koszt firmy, bo nikt go z tego nie rozliczał, ale tego nie robił. Nocą wolał się wyspać. Poza tym, jego dobroczynna firma wysłała go w delegację, cudowny urlop od upierdliwej żony, do cudnej krainy tysiąca polskich jezior, gdzie nadzorując budowę kilku odcinków drogi krajowej S7, mógł jednocześnie wraz z budowlanym pyłem humusu, żwiru i błota, wdychać krystaliczne mazurskie powietrze, a po godzinach zwiedzać okolice…

Tajemnica Kościoła Św. Trójcy
Pani Gienia żyła głośno, ale odeszła z tego świata cicho. W kamienicy przy ulicy Wrocławskiej nikt właściwie jej nie lubił. Dlatego gdy na ciężkich, drewnianych drzwiach, częściowo szklonych brudnym szkłem i zdobionych stylizowanymi kutymi liśćmi, pojawił się jej nekrolog, wśród mieszkańców domu zapanowała konsternacja. Nagle podmiot ich niechęci, złych emocji, przyczyna zapiekłych ran, waśni i niesnasek, przeniosła się do innego świata, a im nie wypadało już tak bardzo jej nienawidzić.
A przecież o siostrach z czwartego piętra, dystyngowanych emerytowanych polonistkach rozpowiadała plotki, że są alkoholiczkami.
Parę nieco mrocznych i smutnych muzyków żyjących w konkubinacie posądzała wszem i wobec o praktykowanie czarnej magii i oddawanie czci diabłu.
Nad losem całkiem młodej jeszcze nauczycielki fortepianu użalała się przy innych, współczując serdecznie jej brzydoty i nieuchronnego staropanieństwa…

Jeśli komu świetnie idzie pisanie, ale ma problem z początkami powieści, chętnie sprzedam jeden z nich. Ba! Mam tego jeszcze więcej! Mogę otworzyć stragan. Chociaż tak prawdę mówiąc, to patrząc na powyższe fragmenty, cieszę się, że większość z tych książek nigdy nie powstała...

czwartek, 13 grudnia 2018

Kot vs. niemowlak – love or hate?



dziecko kotek niemowlę


Osoby dramatu:

Słodki Niemowlaczek, wiek kilka miesięcy, nazwijmy go Zrazik.
Kot, wiek kilkanaście miesięcy o przewrotnym imieniu Myszka (to trochę tak, jakby bardzo krwiożerczego skina nazywać Czarny, w obu przypadkach właściciele [kota albo skina] wykazali się totalnym brakiem empatii).

Prolog

Przed narodzinami Zrazika oczywiście w naszej rodzinie pojawiały się pewne obawy. Związane były z tym, że po mieście chodziły słuchy, jakoby koty wykazywały dusicielskie skłonności w stosunku do maleńkich dzieci. Niby to kotek machnie ogonkiem przymilnie, miauknie, mruknie, otrze się o nogę, a w chwili nieuwagi – hyc!  I kładzie się dziecku na szyję.

Trudne początki

Obawy okazały się nieuzasadnione. Myszka od pierwszej chwili, gdy w domu pojawił się Zrazik, traktowała go jak powietrze, a jak wiadomo na powietrzu nie da się położyć. Przy okazji mamę Zrazika, czyli mnie, również zaczęła olewać. Przestała mi włazić na kolana, ocierać się o nogi, podchodzić. Po prostu traktowała nas jak zarazę morową. Kto ma kota (np. Ala), ten wie, jak boli taka kocia, ostentacyjnie okazywana obojętność. Jak brakuje tego miękkiego futerka na kolanach, tego mruczenia. Och, Zrazik jest słodki i cudowny, ale nie ma futerka i nie mruczy.

Iskra nadziei

Myszka też nie wyglądała na szczęśliwą. Ewidentnie coś ją gryzło i nie były to pchły. Coś nie do końca było w domu jak należy.
Pewnego dnia zaczęła jednak zauważać, że Zrazik wbrew pozorom nie jest przyczepiony do mnie na stałe. Otóż z jakichś tajemniczych powodów od czasu do czasu odkładam Zrazika do łóżka (tak, tak, naszego). My wiemy, że to dlatego, żeby sobie pospał, ale co myśli kot? Że Zrazik chwilowo stracił nasze względy. Jest to najlepszy moment, by wskoczyć pani na kolana i pokazywać, że pokryty przepięknym włosiem, mruczący stwór jest lepszy od takiego gołego, różowego i wrzeszczącego.

Po jakimś czasie kot zaczął też doceniać cały arsenał niemowlęcych akcesoriów. Okazuje się on jak najbardziej dla kota przydatny: mięciutkie łóżeczko, wygodna gondolka, przytulna spacerówka, intrygujące krzesełko do karmienia i mnóstwo, mnóstwo cudownych polarowych kocyków, które koniecznie należy wytrwale ugniatać łapkami jak ciasto drożdżowe.
To etap, gdy kot zaczyna akceptować nowego domownika. Zrazik wkupił się w jego łaski polarowymi kocykami.

Ostrzeżenie: Osoby nazbyt wrażliwe i te poniżej 18 lat nie powinny czytać poniższego fragmentu. Dlatego niech zamkną oczy i od razu przeskoczą do epilogu.

Niebezpieczny eksperyment

Łóżeczko niemowlęce okazało się najrzadziej używanym meblem w naszym domu. Pewnego dnia, gdy chciałam ułożyć rozkopaną nieco pościel, spod niej dobiegło ostrzegawcze mruczenie, żebym przypadkiem nie wytrzepała kota podobnie jak okrywającą go kołdrę. Myszka na dobre zaanektowała łóżeczko. Znalazła sobie kolejny azyl, schowana pod niemowlęcą pościelą.
Pewnego dnia Zrazik bawił się w łóżeczku, a ja postanowiłam nagrać filmik. O dziwo, w kadrze nagle pojawił się kot. Wylazł spod kołdry, nieco zaniepokojony, że ktoś rozrabia na jego terytorium.
Zrazik gdy tylko zobaczył tego wielkiego, żywego pluszaka, od razu ruszył do niego ze swoimi niewinnymi pulchnymi łapkami. Nie interweniowałam, pewna, że kot zaraz czmychnie. Nie czmychnął. Zrazik z lubością złapał za kocie futro. I zaczął ciągnąć. Już chciałam interweniować, ale zdziwiła mnie totalna bierność kota. Nikt go nie przytrzymywał, mógł uciekać, gdzie pieprz rośnie. Zrazik złapał za kocie ucho. Pociągnął. Myszka nic, patrzyła tylko na mnie wymownie, mówiąc wzrokiem: „No zabierz w końcu tego potwora z mojego łóżeczka”. Zrazik natarł na koci ogon. Myszka patrzyła na mnie spokojnie z oczekiwaniem na moją stanowczą reakcję. Reakcji brak. Kot obrócił się do Zrazika ostentacyjnie tyłem. Wtedy Zrazik z całą niemowlęcą energią zatopił swoje dwa nowiutkie ząbki w kocim pośladku. O, nigdy żadna blendowana marchewka tak mu nie smakowała!
Chwię później kot odszedł wolnym, dostojnym krokiem, z wysoko podniesioną głową. Jego mowa ciała mówiła: „Dobrze, ustąpię temu potworowi. Zrobię to jeden jedyny raz. Ale pamiętajcie, że to moje łóżeczko i jeszcze tu wrócę!”.
Filmiku nie udostępniam z tego względu, że Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami po jego obejrzeniu odebrałoby mi prawa do opieki nad kotem, a sąd prawa do opieki nad dzieckiem. Tak, w napisach końcowych owego filmiku zdecydowanie nie mogę umieścić formułki, że żadne zwierzę nie ucierpiało w  trakcie jego realizacji. W końcu odtwórczyni roli głównej ugryzła kota w zadek.

Epilog

Natomiast z dobrych wiadomości: Myszka okazała się masochistką, bo następnego dnia wskoczyła mi na kolana, kiedy trzymałam Zrazika. Z tego względu pod choinkę kupię jej „50 twarzy Greya”.
A więc na pytanie zawarte w tytule, czy relacja kot - niemowlak to love czy hejt, odpowiadam: Zdecydowanie love. Miłość. Miłość do polarowych kocyków. Na kocyki. I kaszanka.

PS. Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami i Rzecznika Praw Dziecka uspokajam. Od tamtej pory nie dopuszczam do jakichkolwiek sparingów kocio-niemowlęcych. 

sobota, 1 grudnia 2018

Jak efektywnie pracować w domu – dzień z życia freelancera

blogowanie
Akcesoria i udostępnienie miejsca: Daughter & Daughter


W sieci możemy przeczytać wiele interesujących rad, jak zaplanować sobie dzień, by być świetnym blogerem/redaktorem/pisarzem/dziennikarzem czy innym freelancerem i efektywnie pracować w domu. Należy oczywiście wstać skoro świt (mówi się potocznie, że wstajesz z kur…ami, to znaczy, ty wstajesz, a one kładą się spać, obyście się nie spotkali) i zjeść na śniadanie jakąś bardzo czasochłonną pulpę z kaszy jaglanej z zamorskimi owocami i nasionami Goi (tak, tego malarza, nie wiedzieliście, że ma swoje nasiona?), z różnymi cennymi i nie do zdobycia w Biedronce dodatkami (ale bardzo pożywnymi). Taki wpis koniecznie należy opatrzyć zdjęciami owej owsianki czy też jaglanki, kawy latte albo macchiato oraz zdjęciem zadbanych rąk na klawiaturze. A więc wszyscy blogerzy najpierw jedzą sycący posiłek, potem ćwiczą lub biegają, potem jedzą pożywne drugie śniadanie w postaci czasochłonnego smoothie własnej roboty (w międzyczasie wyprawiają dzieci do żłobka, przedszkola, szkoły czy na studia), potem sprzątają chatę na błysk, wietrzą, robią trzydaniowy obiad, znowu wietrzą mieszkanie (jeśli gotowali bigos), przyklejają na klatce schodowej kartkę z przeprosinami dla sąsiadów za ten bigos, wreszcie kładą swoje piękne, zadbane dłonie na klawiaturze i rozpoczynają proces twórczy…. No można wpaść w kompleksy, że nam to tak ładnie nie wychodzi. Ja nie będę gorsza i też podzielę się z Wami mądrymi radami:

1. Ja: Budzik mam zawsze nastawiony na 8 rano. I z zasady nigdy nie wstaję o tej godzinie, bo lubię sobie pospać.
Rada: Każdą minutę, którą możesz przeznaczyć na sen, przeznacz na sen.
2. Ja: Nie jadam pożywnego śniadania. Zazwyczaj rano albo jestem głodna jak wilk i wtedy w pośpiechu rzucam się na kanapkę z serem, albo w ogóle nie jestem głodna i wtedy jem na pierwsze śniadanie kawę z mlekiem i miodem. Na drugie śniadanie to samo.
Rada: Szkoda czasu na przygotowanie wymyślnych owsianek z owocami i nasionami goji, goi czy… czegoś takiego. Twój żołądek i tak otrzyma pogryzioną papkę węglowodanów i białka i nie doceni kunsztu kulinarnego.
3. Ja: Nigdy nie siadam do pracy, gdy mam posprzątane mieszkanie! Myśl o tym, że mam czysto w mieszkaniu, jest tak ekscytująca, że bardzo mnie rozprasza. Gdy mam bałagan, jest mi źle, a gdy pisarzowi jest w życiu źle, to lepiej pisze.
Rada: porządek nie ucieknie, a wena może zwiać. Gdy masz natchnienie, siadaj i pisz.
4. Pisanie cały czas przerywam surfowaniem w sieci. Z zasady czytam same głupie rzeczy – plotki z życia gwiazd, fora dla ludzi brzydkich i blogi instamatek. Dzięki temu pod koniec dnia pracy mam mało napisane, ale dużo w głowie. Głupie rzeczy otwierają mi horyzonty i sprawiają, że czuję się mądrzejsza.
Rada: Jeśli czujesz, że marnujesz czas w sieci, zazwyczaj się nie mylisz. Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz?
5. Ja: Gdy jest już bardzo późno, zazwyczaj dociera do mnie, że trzeba ogarnąć chatę, polecieć do Lidla i ugotować obiad staremu. Ze względu na to obiady zazwyczaj jadamy o godz. 19, a stary po pracy musi najpierw wtrynić kawał kiełbasy, żeby przeżyć.
Rada: Śpiesz się powoli, obiad nie ucieknie.


Powyższe rady zamieściłam kiedyś jako komentarz na jednym z blogów, gdzie blogerka opisywała nam swój wspaniały, twórczy i bardzo fit dzień. Ktoś napisał miłe komentarze do mojego komentarza. Potem pokazałam mój komentarz i tamte komentarze mężowi, a on wspaniałomyślnie postanowił, że napisze komentarz (pozytywny) do mojego komentarza. Protestowałam, bo wydało mi się to nieco niemoralne. Mąż przekonywał, że napisze. Ja mówiłam, powtarzałam: „Daj spokój, Kaziu!”. A Kaziu jednak się wziął i napisał. Taką miłą niespodziankę postanowił mi zrobić. Przy czym zapomniał, że choć pisał ze swojej komórki, mieliśmy to samo Wi-Fi, a co za tym idzie IP. Sprytna blogerka od razu odkryła naszą przebiegłą intrygę i w komentarzu pogardliwie mnie zhejtowała, że oto piszę sobie sama komentarze J Taką to mąż zrobił mi niedźwiedzią przysługę.

Podsumowując: Pamiętajmy, że jeszcze gorszy niż zły rozkład dnia jest rozkład jazdy PKP. Ale zdecydowanie najgorszy jest rozkład moralny.

Na podobny temat napisałam też:
Aaa początki powieści tanio sprzedam

czwartek, 21 czerwca 2018

Pnącza na balkonie – test na mrozoodporność i kota

kot, wiciokrzew, mięta, winobluszcz
Jestem  grzecznym kotkiem, a jak od czasu do czasu wszamam sobie trochę zieleniny, to świat się nie zawali.



Gdyby komuś przyszło do głowy, że jestem profesjonalnym albo przynajmniej przykładnym ogrodnikiem, to proszę to sobie wybić z głowy. Piszę ogrodowe porady po to, aby tchnąć ducha w najbardziej niepewnego siebie, beznadziejnego i leniwego ogrodnika amatora. Pocieszyć go i wesprzeć. Naprawdę, przy minimum nakładu sił i olewaniu 80 proc. ogrodowych porad z internetu i poradników coś ładnego i tak powinno nam wyrosnąć.

Dzisiaj chciałam napisać, jak moje trzy pnącza przetrwały zimę na balkonie, czyli jak zdały test na mrozoodporność.
Przede wszystkim odpowiedzmy sobie na pytanie: jak je zabezpieczyłam. Otóż wcale ich nie zabezpieczyłam! Nie będę się tu tłumaczyć trudną sytuacją zdrowotną czy też rodzinną. Wszak wykonanie drewnianej skrzyni wypełnionej styropianem nie powinno sprawić trudności nawet niefrasobliwej pani domu. Ale niefrasobliwa pani domu miała do roboty ważniejsze rzeczy. A biorąc pod uwagę, że mieszkam niemalże na polskim biegunie ciepła, postanowiłam zaufać zimie. I w tym roku nas rozpieszczała, ach jak rozpieszczała! Zero jakiegokolwiek mrozu aż do marca. Z zadowoleniem myślałam, jak to mój powojnik przeżyje sobie zimę tak zwanym psim swędem. No, ale w marcu jak, za przeproszeniem, dopieprzyło… Dwie fale kilkunastostopniowych mrozów to było za wiele nie tylko dla powojnika, ale i dla bardziej wytrzymałego na zimno wiciokrzewu. Ech życie… 

kot, wiciokrzew, mięta, winobluszcz
Co by tu dzisiaj sobie zjeść?

Wiciokrzew japoński

Mianowicie mój wiciokrzew w marcu zaczął się okrywać świeżym wiosennym listowiem, które cieszyło oko do pierwszej fali mrozu. Po niej niestety pnącze wyglądało jak mocno przeterminowana mieszanka sałat w plastikowej torebce z Lidla…
Na szczęście, gdy zaczęło się robić cieplej, okazało się, że nie wszystkie pędy przemarzły. Jeden okazał się szczególnie silny i rósł sobie, zaczął wypuszczać listki, rozkrzewiać się. Wyrósł całkiem spory, niestety nie zakwitł. Obecnie jest regularnie podgryzany przez kotkę. W dodatku nasz czterołapy ogrodnik doniczkę z rośliną uznał za pełnoprawny koci tron do obserwacji gołębi i godzinami w niej wysiaduje. Dlatego dół rośliny jest taki łysy. 

Powojnik

Przy pielęgnacji powojnika „gen. Sikorski” na przełomie marca i kwietnia należy usunąć suche pędy. Mój wszystkie miał kompletnie suche, więc został obcięty na zero.

Pod koniec kwietnia z nikłą nadzieję oczekiwałam, że może jakiś mały pędzik przeżył i coś z niego będzie. Najpierw ukazała się mięta, którą w tamtym roku wsadziłam, by powojnik miał zacieniony dół, tak jak lubi. Potem wyrósł jakiś minipęd, ale został zagłuszony przez miętę i ledwo dycha. Więc hodowla powojnika okazała się klapą. Za to mam bujną hodowlę mięty w dużej donicy.

Winobluszcz

Winobluszcz wykazał największą mrozoodporność. Niestety, nasz koci ogrodnik uwielbia go radośnie obgryzać, więc roślina raczej nie osiągnie gigantycznych rozmiarów. Poza tym patrząc jej pędy niechętnie czepiające się pergoli, żałuję, że nie wsadziłam pięknego trójklapowego winobluszczu, co niniejszym zamierzam uczynić.
Obecnie winobluszcz został przeniesiony do góry ze względu na kociego skrytożercę. 

Wnioski

Podsumowując, oprócz mrozów i lenistwa balkonowym roślinom nie sprzyja przygarnięcie bezdomnego kotka. Kotek uwielbia moje pnącza, ale gustuje też w bratkach i nie pogardzi szkodzącym ponoć tym zwierzętom pelargoniami. Raczej więc powinniśmy wybrać – albo hodowla kotów albo roślin.


Na podobny temat napisałam jeszcze tu:

Pnącza na moim balkonie - pierwsze eksperymenty
Bratki - balkonowe czekadełko

czwartek, 24 sierpnia 2017

Z poradnika niefrasobliwego ogrodnika



działka

Ogrodnictwo to jedna z najpiękniejszych i najprzyjemniejszych dziedzin naszego życia. Pachnące, nasycone kolorem krzewy róż, cieniste, pełne śpiewających ptaków drzewa, przystrzyżona, miękka jak mech trawka dająca odpoczynek, nagrzane od słońca, ciężkie, aromatyczne pomidory, pachnący tymianek, mięta, melisa…. I zero informacji o KODzie, Kaczyńskim, Macierewiczu i innych dopustach tego świata. A jednak, rozmawiając z ogrodnikami, nie usłyszycie o tym, że ich róże pachną najpiękniej na świecie, że uwielbiają polegiwać na cudnej trawce pod zwisającymi nad nimi ciężkimi kiściami słodkich, ciemnych winogron i słuchać śpiewu ptaków. A co usłyszycie?

Ślimaki, wstrętne ślimaki!

Pamiętam, dawno temu, kiedy jeszcze sprawy ogrodnictwa w ogóle mnie nie interesowały i byłam w tym temacie zielona jak agrest, nasz kolega, który miał domek z ogródkiem, opowiedział raz o pladze ślimaków niszczących im wszystkie zbiory. Długo rozwodził się nad szaleńczą przebiegłością tych bestii, nad ogromnymi zniszczeniami, których dokonywały na grządkach z sałatą, nad wojną, jaką wypowiedzieli ślimakom jego rodzice, walką nierówną i wciąż wygrywaną przez podłe mięczaki. Pamiętam, że jego soczysta, krwista i śliska od ślimaczego śluzu opowieść zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przez długi czas uważałam, że posiadanie własnego ogródka, to jakaś wieczna wojna z różnymi obrzydlistwami i bardzo współczułam ludziom, którzy aż tak się poświęcają dla paru główek sałaty, którą mogą kupić w sklepie za trzy złote. Pasjonaci i desperaci, tak o nich myślałam.


działka

Gdy kilka lat temu moi rodzice kupili ogródek działkowy i zobaczyłam u nich dwa winniczki, wpadłam w panikę. Przypomniała mi się opowieść kolegi i oczyma wyobraźni już widziałam całą działkę ogołoconą do ziemi przez żarłoczne ślimaczyska, pustą, posępną, nagą ziemię, po której poruszają się dostojnie wielkie skorupy ślimaków… Już widziałam te tabuny Francuzów, biegnących na nasz ogródek, do swojego ślimakowego Eldorada i zdeptujących butami Louboutina pozostałe resztki roślin.
Moi rodzice jednak zbagatelizowali tę apokaliptyczną wizję i nie strzelali do ślimaków z granatnika. Zostawili je w spokoju. I co? Nie stało się nic. I ślimak zjadł swoje, i dla nas starczyło. No wiem, wiem, że to nie była prawdziwa plaga, ale…

Mniszek lekarski, krety i piękny trawnik

A powiedzcie kiedyś jakiemuś ogrodnikowi, że ma przepiękny trawnik. Co usłyszycie? Pani! A ile to roboty! Jak ja się namęczę z tymi mleczami! Z tymi cholernymi chwastami! Ile ja wylałem na nie tego randapu! I nic! Dalej zarastają. A te pieprzone krety? Jakie wstrętne kopce zrobiły? Pani patrzy tam pod wiśnią…

A czyż nie miło by było, gdyby podczas grilla ze znajomymi nagle na kopczyku ziemia zaczęła drgać, pojawiło się kilka dodatkowych grudek, potem szponiasta łapka i za chwilę wyjrzał czarny łebek i powiedział do nas: Ahoj! Równy trawnik ma co trzeci ogrodnik, a ile z nich może się pochwalić własnym kretem?

Szpaki na szabrze u szwagra

A czereśnie? Widzę te małe drzewka z kilkoma czereśniami, oplecione w czasie owocowania przemyślnymi zwojami sieci jak Bałtyk, jak gdyby ich czereśnie były tak wyjątkowe, że nawet za 13 zł w sklepie takich nie kupisz. A przecież czyż nie miło poczęstować szpaka? On nie kupi sobie czereśni w sklepie. Może z wdzięczności powyjada z działki jakieś robacze szkodniki?

budka dla ptaków na drzewie

Plagi

No tak. Raz na parę lat, gdy równowaga biologiczna zostanie zakłócona, zdarzy się coś takiego, jak plaga (jak u kolegi plaga ślimaków). Albo warunki atmosferyczne okażą się sprzyjać np. zgniliźnie pomidorów i zaatakuje wszystkie pomidory. I co? Nic. Będziemy jeść ogórki albo pomidory ze sklepu. A w przyszłym roku kupimy więcej koktajlowych, które są bardziej odporne na różne paskudztwa. 


czarne pomidory na krzaku

A jak choroba zaatakuje wszystkie brzoskwinie? Jak powojniki nie zakwitną? Róże zachorują? Też da się przeżyć. A mszyca jak gdzieś przyjdzie na długoterminowe żywienie na różę, to nie patrzeć na to, żeby serce i oczy nie bolały. Przyszła, to i pójdzie sobie. A róża przeżyje.


Wiem, że po tym wpisie masowo będą do mnie pisać różne firmy ogrodnicze. Będę mnie błagać, bym go skasowała, i namawiać, żebym zareklamowała ich środki insektobójcze, chwastobójcze i grzybobójcze. Bójcze się Boga! Nic z tego. Jestem osobą całkowicie nieprzekupną.

działka

sobota, 12 sierpnia 2017

Czy warto spędzić weekend w Kazimierzu Dolnym?

(jeśli się mieszka daleko, daleko, za górą, za rzeką)


Widok na Kazimierz Dolny z Sanktuarium Matki Boskiej Kazimierskiej

Go east, mature woman!


O Kazimierzu Dolnym słyszałam tyle dobrego, że trochę bałam się tam jechać. Bo jestem nieco cyniczna i sceptyczna. I czułam, że mogę się rozczarować. Że miejsce może być przereklamowane. Może nawet bardzo przereklamowane. Kiczowate. I takie tam. Wybierałam się tam na święty nigdy, tym bardziej że z Dolnego Śląska mamy 6 godzin drogi. A tu nagle zdarzył się mały cud. W konkursie pracowniczym wygrałam weekend w Kazimierzu Dolnym (w siedlisku Wiatrakowo). Dodam, że pierwszy raz w życiu cokolwiek wygrałam w konkursie losowym. No więc spakowałam do walizki Męża, Mąż wcześniej przypiął do auta rowery, i wio, na wschód Polski!
Nadmienię jeszcze, wstyd przyznać, że tego wschodu nie znałam. Najdalej na wschodzie Polski byłam na linii Mazury-Warszawa-Kraków. Już podróż autem dostarczyła miłych wrażeń – od Radomia podziwiałam mnóstwo drewnianych, dobrze zachowanych domów, ale nie skansenowych odstawionych kiczów, tylko takich naturalnych, z okiennicami, babcinymi firaneczkami w oknach i masą malw wokoło, oglądałam przydrożne krzyże i kapliczki, nieraz prawdziwe rzeźbiarskie, zabytkowe cuda.

Trochę przerażała nas świadomość, że (jak się dowiedzieliśmy tuż przed wyjazdem), właśnie w ten weekend odbywał się słynny festiwal filmowy Dwa Brzegi. Perspektywa zobaczenia na deptaku Grażynki Torbickiej niestety nie rekompensowala nam wizji tłumów ludzi i hałasu imprez.

Wiatrakowo, gdzie się zatrzymaliśmy, jest położone na wzgórzu za Kazimierzem Dolnym. Stare, drewniane domy i jeden nowy, ale w podobnym stylu, usytuowane są w przepięknym ogrodzie, w orzechowym sadzie, wśród wysokich, leciwych drzew. Teren jest tak malowniczy i zawiera tyle przyjemnych miejsc, że można by było stąd nie wychodzić, wylegiwać się jeno w altankach i na huśtawkach z kawką, winkiem czy książką. Ale nie po to tu przyjechaliśmy.

 stary dom w Wiatrakowie Kazimierz Dolny Cholewianka

Wiatrakowo Kazimierz Dolny Cholewianka

Kazimierz Dolny Cholewianka Wiatrakowo

Wiatrakowo Kazimierz Dolny Cholewianka

Kazimierz Dolny Wiatrakowo Cholewianka

Podróż na rowerach do miasteczka okazała się bardzo przyjemnym zjazdem. Wiatr szumiał we włosach i pędziliśmy, przez całą drogę niemal nie kręcąc pedałami. Jednak ponura myśl zburzyła tę przyjemność: Z powrotem, nocą, trzeba będzie bez przerwy drałować pod górę! O kurczę! A więc nie możemy wypić zbyt wiele piwa ;)

Rozczarowani czy oczarowani?


Ale mimo wszystko zadowoleni wjechaliśmy z fasonem na mały rynek Kazimierza. No ładny, rzeczywiście. Potem na duży rynek. Też uroczy, okej. Ale czy to już wszystko?, pomyślałam rozczarowana. Parę renesansowych kamieniczek, drewnianych budynków, bruk nieprzyjazny rowerzystom, stragany i sporo ludzi (rowery trzeba było prowadzić). Miasteczko jak miasteczko. Bardzo ładne, ale… Na szczęście wkrótce okazało się, że Kazimierz Dolny jest jak dama z wachlarzem, która dla kokieterii bardzo powoli odsłania swoje piękne oblicze.

Pojeździliśmy trochę nadwiślańskim bulwarem, zerkając na słynne spichlerze. Zaliczyliśmy pobliską atrakcję – wznoszącą się nad kazimierskim rynkiem górę Trzech Krzyży. Kiedy na nią wchodziliśmy, moczył nas rzęsisty deszcz, ale świeciło słońce. Gdy dotarliśmy na szczyt, zaparło nam dech w piersiach. W dole, pod nami, na pagórkach rozpościerało się wymyte deszczem i błyszczące w słońcu miasteczko z górującymi nad nim kościołami. Obok malowniczo rozlewała się Wisła zamknięta w ramy z piaszczystych łach (zdjęcia się nam nie udały).

Widok na Kazimierz Dolny z Góry Trzech Krzyży


Z drugiej strony, nad zalesionymi wzgórzami, wisiały granatowe chmury, a na nich rozpościerały się łuki podwójnej, siedmiobarwnej tęczy! Z tej ekscytacji widokiem nie zrobiliśmy ładnego zdjęcia. Fotografię z tęczą psują nasze brzydkie gęby, więc go nie publikuję. A na tym już tęcza zanika:

Tęcza nad górą Trzech Krzyży

Potem zwiedziliśmy stary cmentarz za kościołem Farnym i chcieliśmy pójść na zamek. Niestety, dziedziniec był zamknięty ze względu na rozstawiające się tam sceny czy ekrany przeglądu filmów. A, tfu!

widok z dziedzińca przy klasztorze
Widok na zamek z dziedzińca za kościołem Farnym




Ponieważ było już dość późno, pojeździliśmy trochę po okolicy i wróciliśmy do Wiatrakowa. Na szczęście podjazd nie okazał się wcale ciężki.

Mimo tego, że się rozpadało, postanowiliśmy jeszcze sprawdzić, dokąd wiedzie tajemnicza ścieżka na tyłach ogrodu Wiatrakowa. Z lampkami czołowymi weszliśmy w ciemny, stary las, w którym huczał deszcz. Myślałam, że pójdziemy sobie taką ot ścieżynką, ale ukształtowanie terenu sprawiło, że poczułam się jak w górach. Doszliśmy na brzeg przepaścistego wąwozu. Na jego dno schodziła stroma, spadzista ścieżka, nie dla rowerów, co prawda, ale postanowiliśmy ją przetestować w dzień. Jak się dowiedzieliśmy, można było tamtędy dojść do Kazimierza.

Resztę wieczoru spędziliśmy w altanie ogrodowej. Rozłożeni na miękkich poduchach, popijaliśmy winko, zakąszając pieczywem chrupkim i żółtym serem. Zastanawialiśmy się nad rozkładem kolejnego dnia. Ponieważ tłum ludzi na kazimierskim rynku w festiwalową sobotę musi niebezpiecznie zgęstnieć, postanowiliśmy trzymać się jak najdalej od epicentrum. Ustaliliśmy przebieg trasy rowerowej: Wiatrakowo-Mięćmierz-Bochotnica-Puławy-Janowiec-Kazimierz Dolny. Po drodze mieliśmy zagarnąć większość okolicznych atrakcji. Czy nam się uda?

 wiatrakowo cholewianka Kazimierz Dolny

Kazimierz Dolny Cholewianka

Kto zniszczył studnię w Mięćmierzu?


Droga do Mięćmierza w większości wyłożona jest nieprzyjemną dla roweru trelinką. Ale ostatni dość stromy zjazd do wioski był nie lada wyzwaniem. Zjeżdżaliśmy po betonowych płytach, tak nierównych, że przypominały wyschnięty wodospad. Modląc się w duchu, obiecałam sobie po raz kolejny, że w końcu kupię kask rowerowy.

Mięćmierz to urocza (przepraszam, ale słowa „uroczy” użyję jeszcze w tym tekście jakieś kilkadziesiąt razy) wioseczka. Szutrowa droga wije się wśród drewnianych domów w ogrodach pełnych malw, otoczonych sadami i okolonych drewnianymi płotkami. W centrum wsi stoi stara studnia z drewnianym dachem. Niestety, nie wiem, czy stoi dalej, bo z mężem byliśmy świadkami niecodziennego wydarzenia. Otóż gdy robiliśmy sobie fotki przy studni, nagle usłyszeliśmy potężne łupnięcie, a cała drewniana konstrukcja niebezpiecznie się zachybotała i przekrzywiła. Otóż jakiś domorosły kierowca cofając, uderzył autem w tę atrakcję! Belki porozchodziły się, powychodziły na wierzch wielkie gwoździe. Jak dowiedzieliśmy się od mieszkańców, sprawca wypadku zamierza się wkrótce tu sprowadzić, więc przypilnują go, żeby naprawił szkody.

Mięćmierz

Z Mięćmierza bardzo stromym, kamienistym podjazdem wjechaliśmy ledwo żywi na wzgórze Albrechtówka (punkt widokowy). Tu kolejny raz zaparło nam dech w piersiach. Wisła rozlana w dolinie, nad nią zamek w Janowcu, na drugim brzegu wiatrak, wokół wzgórza i słońce, wijąca się kamienista ścieżka jak w Karkonoszach. 



Albrechtówka, Kazimierz Dolny

Albrechtówka, Kazimierz Dolny, Mięćmierz

Mięćmierz, Albrechtówka, Kazimierz Dolny
Kapliczka na Albrechtówce
Stromą, niemal górską dróżką sprowadziliśmy rowery prosto pod zachęcająco wyglądającą miejscową karczmę, gdzie postanowiliśmy „uzupełnić poziom elektrolitów”, jak to ładnie ujmują blogerzy rowerowi.
Właścicielem okazał się miły pan Kazimierz (dopytałam, czy przypadkiem nie ma na nazwisko Dolny, ale nie miał!). Pan Kazimierz kazał do siebie mówić Kazik i błyskawicznie zapamiętał nasze imiona. Lał dobre piwo i opowiadał o znajomych celebrytach (Borys Szyc i inni), którzy zachodzą do jego karczmy.

Bochotnica, czyli na włościach Esterki


 Z Mięćmierza ruszyliśmy cudną (uroczą, hi, hi) trasą wzdłuż Wisły do Kazimierza. 

Mięćmierz, Męćmierz, Kazimierz Dolny, Wisła
Katamaran samoróbka nad Wisłą w Mięćmierzu


Na bulwarze w Kazimierzu mijaliśmy tłum odstrzelonych spacerowiczów. Zwróciłam uwagę na starszą wysztafirowaną damę w ażurowych kozaczkach, króciutkich dżinsowych spodenkach i falbaniastej bluzeczce, w otoczeniu świty. Jak zauważył mój Mąż, była to Beata Kozidrak. Niestety nie poprosiła nas o autograf.

Minęliśmy to kazimierskie Mielno/Międzyzdroje/Krupówki i ruszyliśmy do Bochotnicy (oddalonej o tak zwany rzut beretem). Po drodze, ku swojemu zdziwieniu, minęliśmy stację narciarską w Kazimierzu Dolnym, jak sprawdziliśmy, czynną od 2011 roku. W Bochotnicy wdrapaliśmy się na górkę z ruinami zamku, w którym według mało prawdopodobnej legendy mieszkała żydowska kochanka króla Kazimierza Wielkiego, Esterka. W okolicy nie spotkaliśmy ż y w e g o ducha, co nam się bardzo podobało.

zamek Esterki, Bochotnica

Zeszliśmy i, chcąc jechać do Puław, musieliśmy poszukać przeprawy przez rzeczkę Bystrą (nie było tam mostu). Znaleźliśmy ładną kładkę. Tak chciałam się zanurzyć w chłodnym, czystym na oko nurcie rzeczki, ale niestety, czas nas gonił (nawet się załapał na jakimś zdjęciu, z tyłu za nami).

rzeka Bystra, Bochotnica


kładka na rzece Bystrej w Bochotnicy

Ruszyliśmy wygodną trasą wzdłuż Wisły. Po drodze mijaliśmy łąki, pola i wielkie chmielowe „winnice” (czyli chmielnice chyba?). Chciałam zrobić zdjęcie, ale Mąż stwierdził, że na Dolnym Śląsku też mamy uprawy chmielu i nie ma się czym podniecać.

W Puławach – kto puścił pawia u księżnej Czartoryskiej?


Po jakichś 10 kilometrach (trasa wzdłuż Wisły przyjemna dla rowerzystów, ale dla pieszych dość monotonna i nie ma gdzie się schronić przed słońcem), dotarliśmy do Puław, do kompleksu pałacowo-parkowego księżnej Czartoryskiej. Pałac, ogród, park ze świątynią Sybilli, wiadomo, ładne, zabytkowe, u r o c z e, trzeba zobaczyć. 

Pałac Czartoryskich w Puławach
Świątynia Sybylli


Może jestem głupia, ale na mnie największe wrażenie zrobiły wolno spacerujące po ogrodzie pawie. Zachowywały się jak koty – spały na parapetach pałacu, wygrzewały się w słońcu, przechadzały leniwie i skubały koniczynkę (jeśli koty nie skubią koniczynki, to mnie poprawcie).

 paw w kompleksie parkowo-pałacowym w Puławach

Puławy, pałac Czartoryskich, park, paw

Tu muszę wtrącić małą dygresję. Otóż mój Mąż przez całą trasę gnał jak szalony, nie zwracając uwagi na stare, drewniane domy, z okiennicami i bez, opuszczone i zamieszkałe, z gankami i werandami, z wiewiórkami na dachach, z ogródkami pełnymi kwiatów, z wielkimi kilkusetletnimi spróchniałymi drzewami przy drodze. Mąż gnał i nie słyszał mojego błagalnego wołania: Zdjęcie! Fotka! Popatrz! Popatrz! Ale gdy ze świstem w uszach przejechał obok przepięknego kościoła NMP ufundowanego przez ks. Czartoryskiego, to się wkurzyłam i wydarłam na całe Puławy. Uff. Zatrzymał się. Zawrócił. Dzięki, kochanie!

W Puławach przejechaliśmy przez imponujący most im. Mościckiego na drugi brzeg Wisły. Z mostu, ze sporej wysokości rozpościerał się śliczny widok na skrzącą się w dole rzekę.

Magiczne bezdroża i mniej magiczne ogrody


Cała trasa na drugim brzegu Wisły okazała się, a jakże, u r o c z a. Jechaliśmy głównie wygodną, asfaltową drogą, wśród pól, łąk i lasów, niemal nie widując po drodze ludzi i innych pojazdów. Cisza, spokój, śpiew ptaków i polne cykania świerszczy czy innych pasikoników. Słońce, wiaterek, cudnie, po prostu cudnie! Nieco wkurzające podjazdy, ale za to przyjemne zjazdy.
Po drodze Mąż, znając moją słabość do ogrodów, wynalazł mi na mapie google kolejną atrakcję: Magiczne Ogrody. Pojechaliśmy tam, nadrabiając nieco drogi. Wyobrażałam sobie, że zobaczę wiszące ogrody jakiejś polskiej Semiramidy. Ale Magiczne Ogrody okazały się rodzinnym Parkiem Rozrywki, z wielkimi sztucznymi marchwiami (jak dojrzeliśmy przez bramę). Wokół dzikie tłumy ludzi, całe pielgrzymki rodzin, więc ruszyliśmy dalej, znów zanurzając się w „bezludne bezdroża”.

Janowiec, czyli Czecho-Słowacja w Polsce


Do Janowca wjechaliśmy od strony zamku, niemal prosto na jego dziedziniec. Najpierw, w zamkowym parku podziwialiśmy widok ze skarpy na Wisłę, zwiedziliśmy stojące w innej części parku Muzeum Nadwiślańskie i dworek (wypisz wymaluj rodziny Połanieckich). 

muzeum nadwiślańskie, janowiec

A ruiny zamku zostawiliśmy sobie na deser. I opłacało się, bo gdy tam weszliśmy, akurat zamek opuściły grupy turystów. Stały przed nami puste, białe mury, wypalane gorącym słońcem. Na ostatnich piętrach krużganków owiewał nas ciepły wiatr. Białe mury, kobaltowe niebo, orientalna wieża zamku. Musiałam się upewnić, czy aby nie jesteśmy w Turcji? Nad orientalnym przeważał jednak klimat galicyjski i czułam się też jak na Słowacji. 


Janowiec, Kaziemierz Dolny


Janowiec, Kazimierz DolnyJanowiec, Kazimierz Dolny

Janowiec, Kazimierz Dolny

Gdy zjechaliśmy na dół do miasteczka, ten czeski/słowacki klimat był jeszcze bardziej odczuwalny. Janowiec, małe senne miasteczko, oddalone od Kazimierza Dolnego tylko o przeprawę promową. Puste i ciche. Z górującym nad nim zamkiem i miłymi knajpkami. Weszliśmy na obiad do Maćkowej Chaty. Co tu dużo mówić? Takiej hospody szukałam kiedyś w Czechach i nigdy nie znalazłam. Bezpretensjonalny, miejscowy klimat, przytulnie, tanio, pyszne jedzenie i dobre piwo. Nawet plama na kolorowym obrusie nie przeszkadzała. Warto spróbować lokalnego przysmaku – kasza jaglana z kiszoną kapustą zawijana w liście kapusty jak gołąbki.

 Janowiec, Karczma, knajpka

Prom, badanie czystości wody i kuny


Po obiedzie ruszyliśmy na przeprawę promową w Janowcu. 

prom, Janowiec, Kazimierz Dolny
Prom ruszył po nas z Kazimierza Dolnego

Rozsiedliśmy się wygodnie na ławeczkach i prom (mieszczący 9 samochodów) ruszył. Żegnaliśmy wzrokiem zamek majestatycznie wznoszący się nad Janowcem. Potem pochyliłam się nad wodami Wisły, które burzyło stalowe cielsko promu. Woda miała kolor czarnej kawy zmieszanej z sokiem marchwiowym. Ponoć Wisła jest dużo czystsza niż 20 lat temu. Widziałam ludzi kąpiących się przy wiślanych łachach, więc może ten kolor to taki naturalny, pochodzący od skał osadowych?
Gdy prom był na środku rzeki, na kazimierskim brzegu dostrzegłam coś dziwnego. Tuż pod stalowymi linami promu, w kamienistej niszy, zobaczyłam wyraźnie jakieś biegające stworzenia. Przypominały rozciągnięte poziomo i odchudzone czarne wiewiórki. Wychodziły z norek, skakały po kamykach i znów zwinnie znikały w norkach, machając kitami! Przetarłam oczy. Czyżbym wypiła za dużo piwa? Ale Mąż też je widział. Czyżby kuny? Dziwne miejsce sobie wybrały, tuż pod linami hałasującego promu.

prom, Janowiec, Kazimierz Dolny
I przybyliśmy do Kazimierza Dolnego. W lewym dolnym rogu zdjęcia widoczny kawałek posiadłości kun


Gdy dobiliśmy do brzegu, poczekaliśmy, aż prom załaduje się ponownie i odpłynie do Janowca. Potem długo staliśmy nad miejscem, gdzie baraszkowały kuny, ale cwane zwierzątka się nie pokazały. Czy mieliśmy przywidzenia? Nie – na wiślanym piasku zostawiły ślady maleńkich łapek.

Wieczór, wąwóz korzeniowy i dwa księżyce


Po raz drugi tego dnia sunęliśmy pełnym spacerowiczów bulwarem. Po naszej lewej stronie, za Wisłą, zachodziło słońce. 

Kazimierz Dolny, Wisła, bulwar, widok

Wjechaliśmy na rynek w Kazimierzu pełen wesołego gwaru, ukwieconych kawiarenek, pięknych młodych pań pod rękę z brzuchatymi starcami, mężczyzn w białych spodniach i białych koszulach, w słomianych kapeluszach, kiczowatych obrazów, harleyowców z harleyami, rodziców z dziećmi wsuwających lody rzemieślnicze. Niestety, nigdzie ani śladu Grażynki Torbickiej. Tym razem ten wesoły wieczorny rozgardiasz wydał mi się u r o c z y i usprawiedliwiony. Ale czy dane nam będzie zalegnąć tu na ogromnych, rozstawionych pewnie z racji festiwalu leżakach? Niestety. Przed nami jeszcze jedna atrakcja. Wąwóz Korzeniowy. Zapaliliśmy rowerowe światełka i opuściliśmy gwarny rynek.

Zanurzyliśmy się w wieczorny, mdlący od zapachów kazimierzowski świat wzgórz, sadów, ogrodów pełnych kwiatów i hamaków, skrytych wstydliwie za cichymi drzewami drewnianych domów. 

Oglądaliście film „Dwa księżyce”? Jeśli tak, to wiecie, o co chodzi.  U nas księżyc był tylko jeden, skąpo świecący cienkim sierpem na jasnym jeszcze niebie.
W wąwozie ani żywego ducha. Nad nami rozpościerały się straszliwe, odkryte korzenie rosnących nad wąwozem drzew. Oświetlone lampkami rowerów rzucały przerażające cienie, jakbyśmy znaleźli się wśród wężowych potworów, Gorgon i Meduz. Przyjemnie było się ich bać. Wąwóz zaskoczył nas tym, że tak szybko się skończył. W dzień ponoć są tu tłumy ludzi. A wokół miasteczka jest ze 20 wąwozów, w wąwozy przechodzą niektóre ulice. I te inne wąwozy warte są odwiedzenia. Ciche i bezludne. Wracaliśmy też wąwozem, potem ścieżką wśród lasów, pól, łąk, parujących nagrzanymi od słońca zapachami, grającymi tysiącem świerszczy. 

W nocy siedliśmy na bujanej huśtawce w ogrodzie Wiatrakowa. Popijaliśmy słodkie kazimierskie piwo i patrzyliśmy na spadające gwiazdy (mimo że do ich apogeum zostały jeszcze dwa tygodnie, było ich widać całkiem sporo). Zgodziliśmy się z Małżonkiem, że w tych okolicach gwiazdy mocniej świecą, kwiaty intensywniej pachną, świerszcze głośniej grają. Na koniec przyszedł do nas czarny kot tubylec. Wskoczył na huśtawkę, na moje kolana, pozwolił się głaskać, rozmruczał się, a na koniec zatopił rozkoszne pazurki w moich dżinsach. Auć!

Pożegnanie z Kazimierzem

W niedzielę rano zeszliśmy sobie na spacer po wąwozie przy Wiatrakowie. Poniżej jego płytsza, mniej atrakcyjna część, ale w głębokiej było za ciemno na zdjęcie.


Potem mieliśmy już czas tylko na tak zwane bujanie się po rynku. Poszliśmy na mszę do przepięknego kościoła Farnego, potem zwiedziliśmy Sanktuarium Matki Boskiej Kazimierskiej.

Widok z Sanktuarium na kościół farny i zamek (nad nim)


Nawiązaliśmy też ciekawą znajomość. Na stoisku ze starociami miejscowa poetka w bardzo przedsiębiorczy sposób zachęcała ludzi do kupna tomiku poezji jej autorstwa. Wydała go własnym sumptem, podobnie jak płytę, którą nagrała i którą również można było u niej kupić. Dowiedziawszy się, że mam w szufladzie w domu napisaną powieść, zachęcała do wydania. Marzenia trzeba spełniać, nieważne jakim kosztem, mówiła poetka.
Jak spod ziemi pojawił się też mężczyzna, który te marzenia pomaga ludziom spełniać. Wydawca! Sympatyczny pan zachęcał do wydawania książek własnym kosztem (najbardziej opłaca się zamówić nakład 2000 sztuk, potem trzeba się ostro namęczyć, żeby to sprzedać). Przy okazji udzielił nam też ciekawej porady. Otóż najlepiej sprzedają się książki w zielonych okładkach, bo wyróżniają się na tle innych i ludzie na straganie wybierają właśnie je. Dlatego, jeśli chcecie wydawać książki, to tylko w zielonych okładkach.

Czas odjeżdżać. Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy na przeprawę promową. Czekając na prom, jeszcze raz zastanowiliśmy się, czy popływać w Wiśle, ale się nie zdecydowaliśmy. 

łacha, Wisła, Kazimierz Dolny, plaża
Czekając na prom


Kazimierz Dolny, prom
Mijanka statków turystycznych nad linami promu


Kazimierz Dolny, prom, plaża, Wisła, piasek, łacha Wiślana
Plaża obok przeprawy promowej


Tak więc, jeśli wybieracie się właśnie na kilka dni do Czech, na Słowację czy Węgry, a nie byliście jeszcze w Kazimierzu Dolnym, radzę wam przebukować bilety. Wrażenia będą na pewno równie bogate, a zaoszczędzicie kupę pieniędzy, za które możecie na przykład kupić sobie na jednym ze straganów 100 magnesów z Kazimierzem Dolnym :)

W tekście może nieco przesadziłam z kwiecistością opisów. To dlatego że zapomnieliśmy zabrać dobry aparat fotograficzny (rzecz niewybaczalna w Kazimierzu Dolnym). Zdjęcia zostały zrobione komórką i nie oddają całkiem piękna krajobrazów. Próbowałam to zrekompensować słowem pisanym. Przepraszam.


Balkon dla początkujących

Cztery lata temu stałam się szczęśliwą posiadaczką balkonu. Ponieważ zaś ciągnie mnie do grzebania w ziemi, a nigdy nie miałam ...