sobota, 12 sierpnia 2017

Czy warto spędzić weekend w Kazimierzu Dolnym?

(jeśli się mieszka daleko, daleko, za górą, za rzeką)


Widok na Kazimierz Dolny z Sanktuarium Matki Boskiej Kazimierskiej

Go east, mature woman!


O Kazimierzu Dolnym słyszałam tyle dobrego, że trochę bałam się tam jechać. Bo jestem nieco cyniczna i sceptyczna. I czułam, że mogę się rozczarować. Że miejsce może być przereklamowane. Może nawet bardzo przereklamowane. Kiczowate. I takie tam. Wybierałam się tam na święty nigdy, tym bardziej że z Dolnego Śląska mamy 6 godzin drogi. A tu nagle zdarzył się mały cud. W konkursie pracowniczym wygrałam weekend w Kazimierzu Dolnym (w siedlisku Wiatrakowo). Dodam, że pierwszy raz w życiu cokolwiek wygrałam w konkursie losowym. No więc spakowałam do walizki Męża, Mąż wcześniej przypiął do auta rowery, i wio, na wschód Polski!
Nadmienię jeszcze, wstyd przyznać, że tego wschodu nie znałam. Najdalej na wschodzie Polski byłam na linii Mazury-Warszawa-Kraków. Już podróż autem dostarczyła miłych wrażeń – od Radomia podziwiałam mnóstwo drewnianych, dobrze zachowanych domów, ale nie skansenowych odstawionych kiczów, tylko takich naturalnych, z okiennicami, babcinymi firaneczkami w oknach i masą malw w około, oglądałam przydrożne krzyże i kapliczki, nieraz prawdziwe rzeźbiarskie, zabytkowe cuda.

Trochę przerażała nas świadomość, że (jak się dowiedzieliśmy tuż przed wyjazdem), właśnie w ten weekend odbywał się słynny festiwal filmowy Dwa Brzegi. Perspektywa zobaczenia na deptaku Grażynki Torbickiej niestety nie rekompensowala nam wizji tłumów ludzi i hałasu imprez.

Wiatrakowo, gdzie się zatrzymaliśmy, jest położone na wzgórzu za Kazimierzem Dolnym. Stare, drewniane domy i jeden nowy, ale w podobnym stylu, usytuowane są w przepięknym ogrodzie, w orzechowym sadzie, wśród wysokich, leciwych drzew. Teren jest tak malowniczy i zawiera tyle przyjemnych miejsc, że można by było stąd nie wychodzić, wylegiwać się jeno w altankach i na huśtawkach z kawką, winkiem czy książką. Ale nie po to tu przyjechaliśmy.

 stary dom w Wiatrakowie Kazimierz Dolny Cholewianka

Wiatrakowo Kazimierz Dolny Cholewianka

Kazimierz Dolny Cholewianka Wiatrakowo

Wiatrakowo Kazimierz Dolny Cholewianka

Kazimierz Dolny Wiatrakowo Cholewianka

Podróż na rowerach do miasteczka okazała się bardzo przyjemnym zjazdem. Wiatr szumiał we włosach i pędziliśmy, przez całą drogę niemal nie kręcąc pedałami. Jednak ponura myśl zburzyła tę przyjemność: Z powrotem, nocą, trzeba będzie bez przerwy drałować pod górę! O kurczę! A więc nie możemy wypić zbyt wiele piwa ;)

Rozczarowani czy oczarowani?


Ale mimo wszystko zadowoleni wjechaliśmy z fasonem na mały rynek Kazimierza. No ładny, rzeczywiście. Potem na duży rynek. Też uroczy, okej. Ale czy to już wszystko?, pomyślałam rozczarowana. Parę renesansowych kamieniczek, drewnianych budynków, bruk nieprzyjazny rowerzystom, stragany i sporo ludzi (rowery trzeba było prowadzić). Miasteczko jak miasteczko. Bardzo ładne, ale… Na szczęście wkrótce okazało się, że Kazimierz Dolny jest jak dama z wachlarzem, która dla kokieterii bardzo powoli odsłania swoje piękne oblicze.

Pojeździliśmy trochę nadwiślańskim bulwarem, zerkając na słynne spichlerze. Zaliczyliśmy pobliską atrakcję – wznoszącą się nad kazimierskim rynkiem górę Trzech Krzyży. Kiedy na nią wchodziliśmy, moczył nas rzęsisty deszcz, ale świeciło słońce. Gdy dotarliśmy na szczyt, zaparło nam dech w piersiach. W dole, pod nami, na pagórkach rozpościerało się wymyte deszczem i błyszczące w słońcu miasteczko z górującymi nad nim kościołami. Obok malowniczo rozlewała się Wisła zamknięta w ramy z piaszczystych łach (zdjęcia się nam nie udały).

Widok na Kazimierz Dolny z Góry Trzech Krzyży


Z drugiej strony, nad zalesionymi wzgórzami, wisiały granatowe chmury, a na nich rozpościerały się łuki podwójnej, siedmiobarwnej tęczy! Z tej ekscytacji widokiem nie zrobiliśmy ładnego zdjęcia. Fotografię z tęczą psują nasze brzydkie gęby, więc go nie publikuję. A na tym już tęcza zanika:

Tęcza nad górą Trzech Krzyży

Potem zwiedziliśmy stary cmentarz za kościołem Farnym i chcieliśmy pójść na zamek. Niestety, dziedziniec był zamknięty ze względu na rozstawiające się tam sceny czy ekrany przeglądu filmów. A, tfu!

widok z dziedzińca przy klasztorze
Widok na zamek z dziedzińca za kościołem Farnym




Ponieważ było już dość późno, pojeździliśmy trochę po okolicy i wróciliśmy do Wiatrakowa. Na szczęście podjazd nie okazał się wcale ciężki.

Mimo tego, że się rozpadało, postanowiliśmy jeszcze sprawdzić, dokąd wiedzie tajemnicza ścieżka na tyłach ogrodu Wiatrakowa. Z lampkami czołowymi weszliśmy w ciemny, stary las, w którym huczał deszcz. Myślałam, że pójdziemy sobie taką ot ścieżynką, ale ukształtowanie terenu sprawiło, że poczułam się jak w górach. Doszliśmy na brzeg przepaścistego wąwozu. Na jego dno schodziła stroma, spadzista ścieżka, nie dla rowerów, co prawda, ale postanowiliśmy ją przetestować w dzień. Jak się dowiedzieliśmy, można było tamtędy dojść do Kazimierza.

Resztę wieczoru spędziliśmy w altanie ogrodowej. Rozłożeni na miękkich poduchach, popijaliśmy winko, zakąszając pieczywem chrupkim i żółtym serem. Zastanawialiśmy się nad rozkładem kolejnego dnia. Ponieważ tłum ludzi na kazimierskim rynku w festiwalową sobotę musi niebezpiecznie zgęstnieć, postanowiliśmy trzymać się jak najdalej od epicentrum. Ustaliliśmy przebieg trasy rowerowej: Wiatrakowo-Mięćmierz-Bochotnica-Puławy-Janowiec-Kazimierz Dolny. Po drodze mieliśmy zagarnąć większość okolicznych atrakcji. Czy nam się uda?

 wiatrakowo cholewianka Kazimierz Dolny

Kazimierz Dolny Cholewianka

Kto zniszczył studnię w Mięćmierzu?


Droga do Mięćmierza w większości wyłożona jest nieprzyjemną dla roweru trelinką. Ale ostatni dość stromy zjazd do wioski był nie lada wyzwaniem. Zjeżdżaliśmy po betonowych płytach, tak nierównych, że przypominały wyschnięty wodospad. Modląc się w duchu, obiecałam sobie po raz kolejny, że w końcu kupię kask rowerowy.

Mięćmierz to urocza (przepraszam, ale słowa „uroczy” użyję jeszcze w tym tekście jakieś kilkadziesiąt razy) wioseczka. Szutrowa droga wije się wśród drewnianych domów w ogrodach pełnych malw, otoczonych sadami i okolonych drewnianymi płotkami. W centrum wsi stoi stara studnia z drewnianym dachem. Niestety, nie wiem, czy stoi dalej, bo z mężem byliśmy świadkami niecodziennego wydarzenia. Otóż gdy robiliśmy sobie fotki przy studni, nagle usłyszeliśmy potężne łupnięcie, a cała drewniana konstrukcja niebezpiecznie się zachybotała i przekrzywiła. Otóż jakiś domorosły kierowca cofając, uderzył autem w tę atrakcję! Belki porozchodziły się, powychodziły na wierzch wielkie gwoździe. Jak dowiedzieliśmy się od mieszkańców, sprawca wypadku zamierza się wkrótce tu sprowadzić, więc przypilnują go, żeby naprawił szkody.

Mięćmierz

Z Mięćmierza bardzo stromym, kamienistym podjazdem wjechaliśmy ledwo żywi na wzgórze Albrechtówka (punkt widokowy). Tu kolejny raz zaparło nam dech w piersiach. Wisła rozlana w dolinie, nad nią zamek w Janowcu, na drugim brzegu wiatrak, wokół wzgórza i słońce, wijąca się kamienista ścieżka jak w Karkonoszach. 



Albrechtówka, Kazimierz Dolny

Albrechtówka, Kazimierz Dolny, Mięćmierz

Mięćmierz, Albrechtówka, Kazimierz Dolny
Kapliczka na Albrechtówce
Stromą, niemal górską dróżką sprowadziliśmy rowery prosto pod zachęcająco wyglądającą miejscową karczmę, gdzie postanowiliśmy „uzupełnić poziom elektrolitów”, jak to ładnie ujmują blogerzy rowerowi.
Właścicielem okazał się miły pan Kazimierz (dopytałam, czy przypadkiem nie ma na nazwisko Dolny, ale nie miał!). Pan Kazimierz kazał do siebie mówić Kazik i błyskawicznie zapamiętał nasze imiona. Lał dobre piwo i opowiadał o znajomych celebrytach (Borys Szyc i inni), którzy zachodzą do jego karczmy.

Bochotnica, czyli na włościach Esterki


 Z Mięćmierza ruszyliśmy cudną (uroczą, hi, hi) trasą wzdłuż Wisły do Kazimierza. 

Mięćmierz, Męćmierz, Kazimierz Dolny, Wisła
Katamaran samoróbka nad Wisłą w Mięćmierzu


Na bulwarze w Kazimierzu mijaliśmy tłum odstrzelonych spacerowiczów. Zwróciłam uwagę na starszą wysztafirowaną damę w ażurowych kozaczkach, króciutkich dżinsowych spodenkach i falbaniastej bluzeczce, w otoczeniu świty. Jak zauważył mój Mąż, była to Beata Kozidrak. Niestety nie poprosiła nas o autograf.

Minęliśmy to kazimierskie Mielno/Międzyzdroje/Krupówki i ruszyliśmy do Bochotnicy (oddalonej o tak zwany rzut beretem). Po drodze, ku swojemu zdziwieniu, minęliśmy stację narciarską w Kazimierzu Dolnym, jak sprawdziliśmy, czynną od 2011 roku. W Bochotnicy wdrapaliśmy się na górkę z ruinami zamku, w którym według mało prawdopodobnej legendy mieszkała żydowska kochanka króla Kazimierza Wielkiego, Esterka. W okolicy nie spotkaliśmy ż y w e g o ducha, co nam się bardzo podobało.

zamek Esterki, Bochotnica

Zeszliśmy i, chcąc jechać do Puław, musieliśmy poszukać przeprawy przez rzeczkę Bystrą (nie było tam mostu). Znaleźliśmy ładną kładkę. Tak chciałam się zanurzyć w chłodnym, czystym na oko nurcie rzeczki, ale niestety, czas nas gonił (nawet się załapał na jakimś zdjęciu, z tyłu za nami).

rzeka Bystra, Bochotnica


kładka na rzece Bystrej w Bochotnicy

Ruszyliśmy wygodną trasą wzdłuż Wisły. Po drodze mijaliśmy łąki, pola i wielkie chmielowe „winnice” (czyli chmielnice chyba?). Chciałam zrobić zdjęcie, ale Mąż stwierdził, że na Dolnym Śląsku też mamy uprawy chmielu i nie ma się czym podniecać.

W Puławach – kto puścił pawia u księżnej Czartoryskiej?


Po jakichś 10 kilometrach (trasa wzdłuż Wisły przyjemna dla rowerzystów, ale dla pieszych dość monotonna i nie ma gdzie się schronić przed słońcem), dotarliśmy do Puław, do kompleksu pałacowo-parkowego księżnej Czartoryskiej. Pałac, ogród, park ze świątynią Sybilli, wiadomo, ładne, zabytkowe, u r o c z e, trzeba zobaczyć. 

Pałac Czartoryskich w Puławach
Świątynia Sybylli


Może jestem głupia, ale na mnie największe wrażenie zrobiły wolno spacerujące po ogrodzie pawie. Zachowywały się jak koty – spały na parapetach pałacu, wygrzewały się w słońcu, przechadzały leniwie i skubały koniczynkę (jeśli koty nie skubią koniczynki, to mnie poprawcie).

 paw w kompleksie parkowo-pałacowym w Puławach

Puławy, pałac Czartoryskich, park, paw

Tu muszę wtrącić małą dygresję. Otóż mój Mąż przez całą trasę gnał jak szalony, nie zwracając uwagi na stare, drewniane domy, z okiennicami i bez, opuszczone i zamieszkałe, z gankami i werandami, z wiewiórkami na dachach, z ogródkami pełnymi kwiatów, z wielkimi kilkusetletnimi spróchniałymi drzewami przy drodze. Mąż gnał i nie słyszał mojego błagalnego wołania: Zdjęcie! Fotka! Popatrz! Popatrz! Ale gdy ze świstem w uszach przejechał obok przepięknego kościoła NMP ufundowanego przez ks. Czartoryskiego, to się wkurzyłam i wydarłam na całe Puławy. Uff. Zatrzymał się. Zawrócił. Dzięki, kochanie!

W Puławach przejechaliśmy przez imponujący most im. Mościckiego na drugi brzeg Wisły. Z mostu, ze sporej wysokości rozpościerał się śliczny widok na skrzącą się w dole rzekę.

Magiczne bezdroża i mniej magiczne ogrody


Cała trasa na drugim brzegu Wisły okazała się, a jakże, u r o c z a. Jechaliśmy głównie wygodną, asfaltową drogą, wśród pól, łąk i lasów, niemal nie widując po drodze ludzi i innych pojazdów. Cisza, spokój, śpiew ptaków i polne cykania świerszczy czy innych pasikoników. Słońce, wiaterek, cudnie, po prostu cudnie! Nieco wkurzające podjazdy, ale za to przyjemne zjazdy.
Po drodze Mąż, znając moją słabość do ogrodów, wynalazł mi na mapie google kolejną atrakcję: Magiczne Ogrody. Pojechaliśmy tam, nadrabiając nieco drogi. Wyobrażałam sobie, że zobaczę wiszące ogrody jakiejś polskiej Semiramidy. Ale Magiczne Ogrody okazały się rodzinnym Parkiem Rozrywki, z wielkimi sztucznymi marchwiami (jak dojrzeliśmy przez bramę). Wokół dzikie tłumy ludzi, całe pielgrzymki rodzin, więc ruszyliśmy dalej, znów zanurzając się w „bezludne bezdroża”.

Janowiec, czyli Czecho-Słowacja w Polsce


Do Janowca wjechaliśmy od strony zamku, niemal prosto na jego dziedziniec. Najpierw, w zamkowym parku podziwialiśmy widok ze skarpy na Wisłę, zwiedziliśmy stojące w innej części parku Muzeum Nadwiślańskie i dworek (wypisz wymaluj rodziny Połanieckich). 

muzeum nadwiślańskie, janowiec

A ruiny zamku zostawiliśmy sobie na deser. I opłacało się, bo gdy tam weszliśmy, akurat zamek opuściły grupy turystów. Stały przed nami puste, białe mury, wypalane gorącym słońcem. Na ostatnich piętrach krużganków owiewał nas ciepły wiatr. Białe mury, kobaltowe niebo, orientalna wieża zamku. Musiałam się upewnić, czy aby nie jesteśmy w Turcji? Nad orientalnym przeważał jednak klimat galicyjski i czułam się też jak na Słowacji. 


Janowiec, Kaziemierz Dolny


Janowiec, Kazimierz DolnyJanowiec, Kazimierz Dolny

Janowiec, Kazimierz Dolny

Gdy zjechaliśmy na dół do miasteczka, ten czeski/słowacki klimat był jeszcze bardziej odczuwalny. Janowiec, małe senne miasteczko, oddalone od Kazimierza Dolnego tylko o przeprawę promową. Puste i ciche. Z górującym nad nim zamkiem i miłymi knajpkami. Weszliśmy na obiad do Maćkowej Chaty. Co tu dużo mówić? Takiej hospody szukałam kiedyś w Czechach i nigdy nie znalazłam. Bezpretensjonalny, miejscowy klimat, przytulnie, tanio, pyszne jedzenie i dobre piwo. Nawet plama na kolorowym obrusie nie przeszkadzała. Warto spróbować lokalnego przysmaku – kasza jaglana z kiszoną kapustą zawijana w liście kapusty jak gołąbki.

 Janowiec, Karczma, knajpka

Prom, badanie czystości wody i kuny


Po obiedzie ruszyliśmy na przeprawę promową w Janowcu. 

prom, Janowiec, Kazimierz Dolny
Prom ruszył po nas z Kazimierza Dolnego

Rozsiedliśmy się wygodnie na ławeczkach i prom (mieszczący 9 samochodów) ruszył. Żegnaliśmy wzrokiem zamek majestatycznie wznoszący się nad Janowcem. Potem pochyliłam się nad wodami Wisły, które burzyło stalowe cielsko promu. Woda miała kolor czarnej kawy zmieszanej z sokiem marchwiowym. Ponoć Wisła jest dużo czystsza niż 20 lat temu. Widziałam ludzi kąpiących się przy wiślanych łachach, więc może ten kolor to taki naturalny, pochodzący od skał osadowych?
Gdy prom był na środku rzeki, na kazimierskim brzegu dostrzegłam coś dziwnego. Tuż pod stalowymi linami promu, w kamienistej niszy, zobaczyłam wyraźnie jakieś biegające stworzenia. Przypominały rozciągnięte poziomo i odchudzone czarne wiewiórki. Wychodziły z norek, skakały po kamykach i znów zwinnie znikały w norkach, machając kitami! Przetarłam oczy. Czyżbym wypiła za dużo piwa? Ale Mąż też je widział. Czyżby kuny? Dziwne miejsce sobie wybrały, tuż pod linami hałasującego promu.

prom, Janowiec, Kazimierz Dolny
I przybyliśmy do Kazimierza Dolnego. W lewym dolnym rogu zdjęcia widoczny kawałek posiadłości kun


Gdy dobiliśmy do brzegu, poczekaliśmy, aż prom załaduje się ponownie i odpłynie do Janowca. Potem długo staliśmy nad miejscem, gdzie baraszkowały kuny, ale cwane zwierzątka się nie pokazały. Czy mieliśmy przywidzenia? Nie – na wiślanym piasku zostawiły ślady maleńkich łapek.

Wieczór, wąwóz korzeniowy i dwa księżyce


Po raz drugi tego dnia sunęliśmy pełnym spacerowiczów bulwarem. Po naszej lewej stronie, za Wisłą, zachodziło słońce. 

Kazimierz Dolny, Wisła, bulwar, widok

Wjechaliśmy na rynek w Kazimierzu pełen wesołego gwaru, ukwieconych kawiarenek, pięknych młodych pań pod rękę z brzuchatymi starcami, mężczyzn w białych spodniach i białych koszulach, w słomianych kapeluszach, kiczowatych obrazów, harleyowców z harleyami, rodziców z dziećmi wsuwających lody rzemieślnicze. Niestety, nigdzie ani śladu Grażynki Torbickiej. Tym razem ten wesoły wieczorny rozgardiasz wydał mi się u r o c z y i usprawiedliwiony. Ale czy dane nam będzie zalegnąć tu na ogromnych, rozstawionych pewnie z racji festiwalu leżakach? Niestety. Przed nami jeszcze jedna atrakcja. Wąwóz Korzeniowy. Zapaliliśmy rowerowe światełka i opuściliśmy gwarny rynek.

Zanurzyliśmy się w wieczorny, mdlący od zapachów kazimierzowski świat wzgórz, sadów, ogrodów pełnych kwiatów i hamaków, skrytych wstydliwie za cichymi drzewami drewnianych domów. 

Oglądaliście film „Dwa księżyce”? Jeśli tak, to wiecie, o co chodzi.  U nas księżyc był tylko jeden, skąpo świecący cienkim sierpem na jasnym jeszcze niebie.
W wąwozie ani żywego ducha. Nad nami rozpościerały się straszliwe, odkryte korzenie rosnących nad wąwozem drzew. Oświetlone lampkami rowerów rzucały przerażające cienie, jakbyśmy znaleźli się wśród wężowych potworów, Gorgon i Meduz. Przyjemnie było się ich bać. Wąwóz zaskoczył nas tym, że tak szybko się skończył. W dzień ponoć są tu tłumy ludzi. A wokół miasteczka jest ze 20 wąwozów, w wąwozy przechodzą niektóre ulice. I te inne wąwozy warte są odwiedzenia. Ciche i bezludne. Wracaliśmy też wąwozem, potem ścieżką wśród lasów, pól, łąk, parujących nagrzanymi od słońca zapachami, grającymi tysiącem świerszczy. 

W nocy siedliśmy na bujanej huśtawce w ogrodzie Wiatrakowa. Popijaliśmy słodkie kazimierskie piwo i patrzyliśmy na spadające gwiazdy (mimo że do ich apogeum zostały jeszcze dwa tygodnie, było ich widać całkiem sporo). Zgodziliśmy się z Małżonkiem, że w tych okolicach gwiazdy mocniej świecą, kwiaty intensywniej pachną, świerszcze głośniej grają. Na koniec przyszedł do nas czarny kot tubylec. Wskoczył na huśtawkę, na moje kolana, pozwolił się głaskać, rozmruczał się, a na koniec zatopił rozkoszne pazurki w moich dżinsach. Auć!

Pożegnanie z Kazimierzem

W niedzielę rano zeszliśmy sobie na spacer po wąwozie przy Wiatrakowie. Poniżej jego płytsza, mniej atrakcyjna część, ale w głębokiej było za ciemno na zdjęcie.


Potem mieliśmy już czas tylko na tak zwane bujanie się po rynku. Poszliśmy na mszę do przepięknego kościoła Farnego, potem zwiedziliśmy Sanktuarium Matki Boskiej Kazimierskiej.

Widok z Sanktuarium na kościół farny i zamek (nad nim)


Nawiązaliśmy też ciekawą znajomość. Na stoisku ze starociami miejscowa poetka w bardzo przedsiębiorczy sposób zachęcała ludzi do kupna tomiku poezji jej autorstwa. Wydała go własnym sumptem, podobnie jak płytę, którą nagrała i którą również można było u niej kupić. Dowiedziawszy się, że mam w szufladzie w domu napisaną powieść, zachęcała do wydania. Marzenia trzeba spełniać, nieważne jakim kosztem, mówiła poetka.
Jak spod ziemi pojawił się też mężczyzna, który te marzenia pomaga ludziom spełniać. Wydawca! Sympatyczny pan zachęcał do wydawania książek własnym kosztem (najbardziej opłaca się zamówić nakład 2000 sztuk, potem trzeba się ostro namęczyć, żeby to sprzedać). Przy okazji udzielił nam też ciekawej porady. Otóż najlepiej sprzedają się książki w zielonych okładkach, bo wyróżniają się na tle innych i ludzie na straganie wybierają właśnie je. Dlatego, jeśli chcecie wydawać książki, to tylko w zielonych okładkach.

Czas odjeżdżać. Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy na przeprawę promową. Czekając na prom, jeszcze raz zastanowiliśmy się, czy popływać w Wiśle, ale się nie zdecydowaliśmy. 

łacha, Wisła, Kazimierz Dolny, plaża
Czekając na prom


Kazimierz Dolny, prom
Mijanka statków turystycznych nad linami promu


Kazimierz Dolny, prom, plaża, Wisła, piasek, łacha Wiślana
Plaża obok przeprawy promowej


Tak więc, jeśli wybieracie się właśnie na kilka dni do Czech, na Słowację czy Węgry, a nie byliście jeszcze w Kazimierzu Dolnym, radzę wam przebukować bilety. Wrażenia będą na pewno równie bogate, a zaoszczędzicie kupę pieniędzy, za które możecie na przykład kupić sobie na jednym ze straganów 100 magnesów z Kazimierzem Dolnym :)

W tekście może nieco przesadziłam z kwiecistością opisów. To dlatego że zapomnieliśmy zabrać dobry aparat fotograficzny (rzecz niewybaczalna w Kazimierzu Dolnym). Zdjęcia zostały zrobione komórką i nie oddają całkiem piękna krajobrazów. Próbowałam to zrekompensować słowem pisanym. Przepraszam.


czwartek, 29 czerwca 2017

Clematis na balkonie, czyli wyzwanie dla niefrasobliwej pani domu

clematis, rośliny na balkonie

Generał Sikorski na moim balkonie!

Przymierzałam się do niego od dwóch sezonów, ale nie miałam odwagi. Clematis! W powojnikach podkochiwałam się od dawna, a gdy ujrzałam na targu dorodną i niedrogą sadzonkę pięknej odmiany „generał Sikorski”, powiedziałam: teraz albo nigdy! Jestem w gorącej wodzie kąpana, więc gen. Sikorski wylądował u mnie w domu (przepraszam, jeśli zabrzmiało to niestosownie), a ja tymczasem nie miałam odpowiedniego osprzętu, żeby go przesadzić.
W dodatku w internecie przeczytałam wiele sprzecznych informacji na temat ziemi do clematisa w donicy i nie wiedziałam, jakie warunki będą najlepsze dla mojego generała. W końcu podjęłam decyzję, że wsadzam go do ziemi zmieszanej z kompostem z działki (w stosunku 1:3). Donicę kupowałam w emocjach i kupiłam za małą, bo wszystkie wydały mi się takie ogromniaste! Moja niestety nie ma przepisowych 40 cm wysokości. Ale jeżeli clematis się przyjmie i polubi mój balkon, za 2 lata go przesadzę, postanowiłam. Na razie nie będę inwestować w donicę, skoro nie mam gwarancji, że powojnik nie zginie u takiej marnej ogrodniczki.

Jak nie sadzić clematisa do donicy?

Na dół donicy dałam keramzyt, ale jakieś to cholerstwo dziwne, lekkie, prawie styropianowe, niechcący zmieszało się z ziemią (mogłam położyć na niego siatkę, jak radzą ogrodnicy, mogłam, ale nie położyłam) i żałowałam, że nie nazbierałam zamiast niego jakichś kamyczków. Ze względu na wysokość doniczki (30 cm), warstwa keramzytu wyszła za mała, powojnik wsadziłam za wysoko (trochę niżej, niż rósł wcześniej, ale nie było to przepisowe 8-10 cm), i za mało na górze zostawiłam miejsca na wodę. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, ze moja miłość do kwiatów utrzyma clematisa przy życiu, skoro nie dostał przepisowych warunków.
Nadzieja niestety clematisowi nie pomogła. Choć zaczął wypuszczać nowe pędy, szybko zauważyłam, że niektóre listki na brzegach wyglądają jak popalone. Co gorsza, z dnia na dzień było ich coraz więcej.

Czy to uwiąd?

Diagnoza internetowego lekarza brzmiała strasznie: Uwiąd powojnika. Leczenie: Schnące liście wyrywać i spalić, powojnik opryskać, a najlepiej przyciąć do samej ziemi. Rokowanie: małe szanse, że coś z tego będzie. Ale jak tu przycinać powojnik, gdy wypuścił tyle nowych pędów z pączkami kwiatów? No serce boli! Zaczęłam więc wyrywać schnące liście, ale dawało to tylko taki efekt, że clematis robił się coraz bardziej łysy. Czym mój biedaczek będzie sobie fotosyntezował, pomyślałam. Przecież to obrywanie listków jeszcze bardziej go osłabi?

Może by tak potraktować go chemią?

A może opryski? Nie, nie jestem opryskliwa. To znaczy nie uznaję żadnej chemii na roślinach. Jak mszyce będą miały ochotę na jakąś roślinkę – proszę bardzo. Najwyżej wyrozumiale zostaną potraktowane wodą z czosnkiem. Przecież mszyce też coś muszą jeść i muszą żyć, żeby biedronki i mrówki miały co jeść, a te też jak wiadomo, muszą żyć, bo piramida pokarmowa itd…

W każdym razie jestem zdania, że jak się odda mszycom czy innym szkodnikom część plonów, to niewiele na tym stracimy (oczywiście, jeśli nasza działalność ogrodnicza nie jest komercyjna). Każda roślina ma swoje słabsze i lepsze sezony. Najważniejsze, by roślin mieć dużo, wtedy zawsze większa część jest zdrowa i cieszy oko. A opryski są nie fair wobec małych gości przylatujących na mój balkon. Pewnie inaczej bym gadała, gdybym miała jakąś imponującą różę, a że do tej pory mszawica zaatakowała mi tylko werbenę z przeceny za dwa złote, to jakoś przeżyłam. 

W każdym razie usuwanie chorych listków clematisowi nie pomogło. Czernieją i usychają brzegi listków, ale pędy wypuszcza wciąż nowe i one nie więdną i nie opadają, a więc, czy to naprawdę może być ten cholerny uwiąd? Podlewam chyba dostatecznie… No nie wiem, w każdym razie clematisowi coś nie do końca dobrze u mnie, choć rośnie jak szalony. 

Przyglądając się biedaczkowi dzień po dniu, zaczęłam myśleć, że jednak nie nadaję się do hodowli clematisów. Postanowiłam oddać go do adopcji na zaprzyjaźnioną działkę. Czasem trzeba umieć rezygnować z marzeń.

Jak rozplątać clematisa?

Jeszcze tylko przed oddaniem clematisa przyszło mi do głowy, że może ma za dużo słońca. Ponieważ oceniłam, że na pergoli po drugiej stronie balkonu słońca jest ciut mniej, postanowiłam przenieść clematisa. 

Zajęło mi sporo czasu roztrząsanie, co będzie łatwiejsze do zrobienia: przeniesienie ogromnej donicy razem z rośliną wplątaną w pergolę czy rozplątanie clematisa, który nie dość, że się totalnie zaplątał na pergoli, to jeszcze splątał się ze swoimi własnymi pędami. No i podjęłam decyzję. Rozplątuję clematisa. Niestety nie można było tego rozwiązać jak węzła gordyjskiego, a cholernik się tak splątał, że miałam problem. W końcu się jednak udało i wylądował tyłem do słońca. Czy tu będzie mu lepiej? Zobaczymy.

Ale po kilku dniach powojnik sobie rozkwitł na dobre. I listki jakby przestały schnąć. I nawet wplątał się w pelargonię. A niech się wplątuje, kapryśne dziecko, byleby tylko rósł na zdrowie.



powojnik, pelargonia, lobelia, clematis

wtorek, 20 czerwca 2017

Pnącza na moim balkonie - pierwsze eksperymenty

winobluszcz pięciolistkowy czy zaroślowy?
Winobluszcz pięciolistkowy czy zaroślowy?

W tym roku postanowiłam pójść krok dalej w moim balkonowym ogródku. Przestały mi wystarczać jednosezonowe kwiatki, które w grudniu lądują na śmietniku. A ponieważ wciąż marzę o gęstej gęstwinie zakrywającą zielenią wszystko, co brzydkie, więc postanowiłam posadzić sobie jakieś pnącze. Zaczęłam od spełnienia mojego kwiatowego marzenia i w tym roku odważyłam się kupić sadzonkę clematisa. Nie obyło się bez problemów.
Clematisa żywot jest niestety niepewny na balkonie niefrasobliwej pani domu. Dlatego postanowiłam dosadzić sobie jeszcze jakiegoś pewniaka. Tylko jakiego?
Bluszcz? Fajny, ale kojarzy mi się z cmentarzem i ze starymi, ciemnymi i przygnębiającymi parkami.

Winobluszcz? To moje ulubione pnącze. Uwielbiam je, tak samo jak piosenkę Grechuty „Dzikie wino”. Jesienią na zachodnim balkonie winobluszcz z pewnością pięknie przebarwi się na czerwono, ale ma jedną wadę. Na zimę łysieje, a w trakcie łysienia będzie śmiecił na balkonie.
Wiciokrzew? Jest zimozielony, ładnie kwitnie, do tego kwiaty pachną i są miododajne. Co prawda, nie wspina się po murze, ale chyba zadowoli się moją balustradą?
Znajoma Ogrodniczka zaoferowała gratis nieograniczoną ilość pędów wiciokrzewu japońskiego, więc wzięłam w ciemno.

Jak nie sadzić wiciokrzewu japońskiego?

Znajoma Ogrodniczka poradziła, by wsadzić do ziemi końcowki pędów i z pewnością się ukorzeni. Tak więc zrobiłam. Kilka krótkich pędów wylądowało w donicy. Ale jakoś nie dowierzałam tej metodzie, więc pozostałe pędy próbowałam ukorzenić babciną metodą w kieliszkach z wodą.
Cóż, mimo kilkakrotnie ponawianych prób, żadna sadzonka się nie ukorzeniła, wszystkie zmarniały. Te w kieliszkach trzymały się świetnie kilka tygodni, ale żaden pęd nie wypuścił choćby minikorzonka. Postanowiłam więc zainwestować kilka złotych w ukorzeniacz.

Tak można posadzić wiciokrzew

Zgodnie z instrukcją na opakowaniu ukorzeniacza zrobiłam małe dołki w ziemi, do każdego wsypałam pół łyżeczki tego tajemniczego pyłku. Nie mam pojęcia, z czego to się składa, bo na opakowaniu nic nie było napisane. Zaczęłam przypuszczać, że ukorzeniacz, to jakieś sproszkowane nogi pająka połączone z kwiatem paproci zerwanym przy pełni księżyca, z dodatkiem ususzonego skrzydła nietoperza i jadu węża.
Do dołka wsadziłam dwuwęzłowe sadzonki oberwane z tych, które kilka tygodni stały w kieliszkach z wodą. Kieliszki włożyłam do zmywarki i zapomniałam o nich. Na drugi dzień, gdy opróżniałam zmywarkę, usilnie starałam się przypomnieć sobie, co to za popijawa u mnie wczoraj była? Kto ukradkiem popija wódkę? W końcu z ulgą przypomniałam sobie, że pijakiem są sadzonki wiciokrzewu.
W każdym razie ukorzeniacz ze sproszkowanych nóg pająka zadziałał, co ewidentnie jest dowodem na jego magiczny skład. I moje mocno wymęczone już i rachityczne sadzonki zaczęły wypuszczać maleńkie pędy, choć roślinka się specjalnie z nimi nie spieszy i rośnie bardzo, bardzo powoli. Ale żyje. To zachęciło mnie do dalszych eksperymentów ogrodniczych (prymitywnych, co prawda, ale zawsze).

W dzikie wino zaplątani

Znajoma Ogrodniczka ma działkę, na której walczy z posadzonym tu kiedyś winobluszczem pięciolistkowym (bo go nie lubi). Co gdzieś w ziemi pojawi się mały pędzik, bezlitośnie go wyrywa. Postanowiłam więc jakiś przeoczony przez Znajomą Ogrodniczkę pęd wykopać sobie z korzeniami. Udało mi się znaleźć takie maleństwo i wkrótce wylądowało na moim balkonie, gdzie już po kilku dniach cieszyło oczy kilkoma listkami. Siła sugestii jest jednak ogromna. Znajoma Ogrodniczka traktuje winobluszcz jak chwast, i mnie się on tak zaczął kojarzyć. I choć rośnie jak szalony, jakoś przestał mi się podobać i patrzę na niego bez sympatii. W dodatku zaczęłam podejrzewać, że mój winobluszcz to winobluszcz zaroślowy, a nie pięciolistkowy. Dlaczego? Dlatego że za bardzo nie chce się czepiać ściany, jeno chwieje się na wietrze jak pijany. Jak odróżnić winobluszcz pięciolistkowy od zaroślowego? Ponoć ten pierwszy ma czerwonawe pędy, pędy drugiego są od razu zielone. A pędy mojego? Niby lekko czerwonawe, ale czy ja wiem? Trzeba też sprawdzić, czy wąsy mojego winobluszcza mają przylgi. Nie mają. No, ale dam mu szansę, może jeszcze te cholerne przylgi wykształci. Bo jak nie, to trafi tam, gdzie jego miejsce. W zarośla.
Przyszło mi też do głowy, że jednak bardziej elegancki jest winobluszcz trójklapowy i może gdzieś chyłkiem ukradnę pędzik.

Co to za dziwna roślina?

Niedaleko mojego domu na murze rośnie sobie ładne pnącze. Wielkie, gęste, imponujące, wiecznie zielone. Przepiękne. Podeszłam raz bliżej przyjrzeć się, co to jest. Roślina miała sercowate, duże i bliżej niezidentyfikowane liście, więc została sobie tajemniczym pnączem. Ale kiedyś w innym miejscu zobaczyłam ową roślinę przepięknie rozkrzewioną na wielkiej pergoli. Gdy się jej przyjrzałam, niżej, pod sercowatymi liśćmi dostrzegłam listki bluszczu. W pierwszej chwili myślałam, że to jakaś kompozycja pnączy, ale mimo starań nie mogłam się dopatrzeć, gdzie dziwna roślina rozłącza się od bluszczu. I wtedy mnie olśniło. Czyżby bluszcz miał dwa rodzaje liści? Sprawdziłam w internecie. Bingo! Eureka! Odkryłam Amerykę, he he. Bluszcz rzeczywiście ma dwa rodzaje liści. Nie rozwikłałam tylko zagadki, dlaczego nie zauważyłam tych ładnych sercowatych liści u dziko rosnącego bluszczu w parkach i lasach. Tak oto empirycznie przekonałam się, że bluszcz pospolity ma liście dwupostaciowe, co się mądrze nazywa „heterofilia” (pozornie brzmi to jak coś podobnego do homofobii). Liście u góry są sercowate, a u dołu, powiedzmy, bluszczowate. Jeśli tak ma wyglądać bluszcz, to i owszem, zmieniam zdanie, jednak mi się podoba. Dziabnęłam więc pęda, pędem do domu i do ukorzeniacza go! Z lenistwa dałam mu tymczasowe lokum z winobluszczem, jak się przyjmie, to przesadzę.

Takim to sposobem stałam się posiadaczem czterech typowych pnączy na balkonie, na razie są u mnie na etapie raczkowania.

Na podobny temat napisałam też:

piątek, 9 czerwca 2017

Jak pozbyć się pająka w elegancki sposób?

jak pozbyć się pająka

W tym artykule nie znajdziecie porad jak pozbyć się z domu Pająków. Dlaczego? Wszystkie porady, które na ten temat czytacie, możecie sobie spokojnie darować. Bo na pająki nie ma metody. Poza tym, jak głosi przesąd, dom pełen pająków, to dom szczęśliwy i uważam, że coś w tym jest. Mieszkałam kiedyś w bloku, gdzie nie było pająków, i wiem, o czym mówię. Poza tym pająki zjadają muchy i komary, czyli jeszcze gorsze tałatajstwo. Tak czy siak, my, mieszkańcy kamienic i starych domów musimy nauczyć się z pająkami żyć. Oczywiście nie unikniemy usuwania pajęczyn. Zawsze odkurzamy nie tylko podłogę, ale i sufit. Jeśli zaniedbamy tej czynności, pewnego dnia w promieniach ostrego porannego słońca spojrzymy do góry i poczujemy się jak w zamku Drakuli, a nad nami będą romantycznie zwisać gotyckie nici. Ale z pająkami w liczbie mnogiej, które żyją sobie gdzieś tam na suficie, jakoś się dogadamy.

Jednak jest też pająk w liczbie pojedynczej, wielki i włochaty, który nagle pojawia się w bardzo niedogodnym dla nas miejscu, na przykład w wannie, gdy chcemy sobie zrobić kąpiel. I co wtedy robimy? Wołamy: Mężu! Partnerze! Tato! Konkubencie! Sąsiedzie! Jakikolwiek mężczyzno! Ja tak raz zrobiłam. Wszedł mężczyzna, wziął kapcia, szast-prast i po pająku. „Dlaczego to zrobiłeś?”, szlochałam potem nad losem niewinnego zwierzęcia. „No, bo sama chciałaś, krzyczałaś, bałaś się pająka itd. itd.”, usłyszałam. No niby tak, ale nie chciałam w swoim domu masakry kapciem czy piłą mechaniczną. Poza tym, jak wiadomo, jak się zabije pająka, to niechybnie spadnie deszcz.

Jeśli więc chcecie same pozbyć się pająka, jednocześnie nie robiąc mu krzywdy, zdradzę Wam niezawodną metodę. Można nią usuwać nie tylko pajęczaki, ale też Różne Straszne Stwory, które latem tłumnie składają nam odwiedziny, jak chrząszcze, szarańcze, pasikoniki i Dziwne Robaki z Pomarańczowymi Wąsami. Dobra. Zaczynamy!

Potrzebujemy:
  1. Pająka, najlepiej dużego, włochatego i strasznego.
  2. Jakiegoś naczynia, najlepiej szklanki, słoika albo miseczki. Jeśli pająk jest zmutowaną tarantulą, to potrzebujemy wielkiej miski, może być balon Tupperware.
  3. Sztywnej płaskiej powierzchni, może to być tekturka, kartonik, okładka kolorowej gazety, gazeta, gruba kartka, ostatecznie zwykła kartka, aby była większa od średnicy naczynia. Świetnie nadają się też różnego rodzaju listy polecone w kopertach, na przykład komornicze wezwanie do zapłaty, które potem możemy wyrzucić razem z pająkiem.
No i zaczynamy akcję!

Krok 1.
Należy pająka nakryć naczyniem. W tym celu polecam naczynie szklane. Dlaczego? Abyśmy mogły przez chwilę przyjrzeć się potworowi, oswoić z nim, a nawet go polubić. Ostatecznie, żebyśmy mogły monitorować poczynania bestii i mieć pewność, że jest po szklanką, a nie na przykład dyskretnie wymknął się po angielsku i jest w naszym rękawie. Aj, coś mnie tam zaswędziało.

Krok 2.
Gdy pająk zostanie zdybany, wsuwamy karton/kopertę pod naczynie. Powoli, by nie zmiażdżyć nóżek stworkowi. Jeśli tylko damy mu szansę, on z gracją je podniesie i wejdzie na karton. Karton powinien całkowicie zasłonić otwór naczynia.

Krok 3.
Teraz możemy poszukać pająkowi partnera/partnerki i założyć sobie hodowlę pająków. Ale chyba nie oto nam chodzi. Więc czeka nas wykonanie jednego zręcznego ruchu, który jest naszym być albo nie być w przypadku, gdy złapałyśmy tarantulę, ptasznika albo czarną wdowę. Musimy doprowadzić do tego, żeby wziąć karton ze szklanką (ciasno przyciśniętą do kartonu) do ręki. Czyli podważamy go z jednej strony i jednocześnie unosimy i dociskamy do niego szklankę. Jeśli tylko nie mamy zaawansowanej arachnofobii na pewno sobie z tym poradzimy (jeśli pająk jest w wannie możemy przeciągnąć go z kartonem i szklanką poza jej krawędź).

Krok 4.
Teraz wystawiamy zwierza poza dom, np. do ogrodu, na balkon albo zewnętrzny parapet, odkrywamy szklankę i, nim pająk postanowi na nas wleźć, szybko uciekamy, chowamy się do środka, zamykając szczelnie drzwi czy okna. Najgorszy jest ten pierwszy raz, ale za każdym kolejnym pozbędziemy się pająka w sposób szybki, elegancki i ekologiczny, godny prawdziwej damy.  

Tylko uwaga! Pewnego razu moja siostra chciała się pozbyć w ten sposób stada chrząszczy, które nawiedziły ją latem. Po chwili miała cały parapet w słoikach i szklankach, a chrząszcze ani myślały sobie odlatywać, świetnie się czuły na tych szklankach. Dlatego lepiej nie używać do tego kryształowych naczyń i innych rosenthali.

Dzięki tej metodzie, usuwanie pająków z domu może stać się prawdziwą przyjemnością. Jednak nie przesadzajmy z nią i stosujmy awaryjnie. Pająk naszym przyjacielem jest i lepszy jeden pająk niż stado much i komarów. Z pająkowym pozdrowieniem. Ahoj. Czuwaj.  



środa, 24 maja 2017

Renowacja drzwi i podłóg w poniemieckiej kamienicy

stare drewniane drzwi i framugi

Tak się szczęśliwie złożyło, że nasze mieszkanie w kamienicy, miało oryginalne okna skrzynkowe, podłogę i drzwi z opaskami. Po długich deliberacjach (bo chcieliśmy bardzo, ale wszyscy nam odradzali i mówili, że to bezsensu) i omawianiu za i przeciw postanowiliśmy wszystko odrestaurować.
Renowacja zabytkowej stolarki w kamienicy jest jak historia romansu. Najpierw zachwyt, wielka miłość, nadzieje i oczekiwania, potem ślub i… proza życia. Zaczynamy dostrzegać wady małżonka. Ale prawdziwa miłość trwa.

Poniemieckie drewniane drzwi i framugi

renowacja drzwi w stuletniej kamienicy

Oto drzwi i framugi z opaskami. Mają nieco ponad sto lat (budynek powstał ok. 1906 roku). Przez kilkadziesiąt peerelowskich lat malowane kolejnymi warstwami farby olejnej w kolorze białym. Potem standardowo opalone z farby, oszlifowane, szpachlowane i pomalowane dwiema warstwami białej farby akrylowej. Okucia i klamki, choć niewielkiej urody, zostawiliśmy oryginalne. Klamki zostały oczyszczone, okucia pomalowane. 

drewniane drzwi i framugi w poniemieckiej kamienicy


Gdy włączyliśmy ogrzewanie, to naocznie przekonaliśmy się o właściwościach higroskopijnych drewna. Otóż, gdy powietrze zrobiło się suche, nasze pięknie odrestaurowane drzwi zaczęły sobie oddychać, oddając powietrzu wilgoć. Można było to poznać po tym, że zrobiły się paskudne szpary w zagłębieniu frezu.
Miałam ochotę wyć i płakać z rozpaczy. Kolega poradził, byśmy wypełnili je akrylem, ale na szczęście go nie posłuchaliśmy. Szpary w sezonie letnim stają się niemal niewidoczne, w zimowym widać je nieco bardziej, ale powiedzmy, że dodają drzwiom charakteru. Taki naturalny shabby chic.
W niektórych pomieszczeniach, gdzie powstały nowe otwory drzwiowe, musieliśmy kupić nowe drzwi. Poszliśmy „po taniości”, nie wzięliśmy więc drewnianych, tylko z płyty wiórowej. Za to zainwestowaliśmy w ozdobne opaski drzwiowe i to się akurat opłacało, bo niektórzy goście myślą, że to oryginalne drzwi. Oczywiście, dopóki nie zobaczą ich z bliska.

Stara drewniana podłoga

Pod puszystymi peerelowskimi dywanami podłoga zachowała się całkiem dobrze, wraz z przeglądem kolorystycznym farb olejnych, jakie akurat rzucano na rynek. Ostatni kolor to piękny sraczkowaty.
Cyklinowanie ukazało piękno i świetny stan drewna (sosna, a w jednym pokoju świerk). 

wycyklinowana stuletnia świerkowa podłoga
podloga świerkowa, kolory niestety są przekłamane, zbyt żółte 

W podłodze były niestety też piękne szpary. Pod wpływem jakichś internetowych rad postanowiliśmy wypełnić je pyłem z cyklinowania z klejem. Sam cykliniarz kręcił nosem i szczerze nas ostrzegał, że na trwałość tego wypełnienia nie daje gwarancji, bo będzie wypadać. Zanim jeszcze nastąpiło to tragiczne wydarzenie, stało się coś innego. Oczywiście podłoga została wycyklinowana i pomalowana półmatowym lakierem w kolorze jasny dąb, który miał nieco wychłodzić odcień drewna. (Jak się później okazało, wychłodził za mało. Drewno pod lakierem ma tendencję do żółknięcia, zresztą, czym byśmy nie pomalowali, odcień i tak za jakiś czas się zmieni, wyjątkiem są może podłogi bardzo ciemne). Ale z początku podłoga była bardzo ładna, nie oddają tego niestety fatalnej jakości zdjęcia, które wtedy zrobiłam. 


stara drewniana podłoga po cyklinowaniu i lakierowaniu

I zaczynają się problemy

Natomiast kilka tygodni później niepomiernie zdziwiło nas, że wypełnienia szpar w kilku miejscach zmieniły kolor na... ostry pomarańczowy. Nie mam pojęcia, jaka dziwna reakcja chemiczna tu zaszła, ale tak w istocie się stało. Ponieważ cykliniarz nie brał odpowiedzialności za wypełnienia, musieliśmy z tym żyć. Da się. Gorzej z tym, że podobnie jak w przypadku drzwi, po włączeniu ogrzewania szpary w niektórych miejscach bardzo się poszerzyły, a wypełnienie powypadało. W tych szparach pewien mały domownik sprytnie przechowuje chyba całe zestawy lego, oczywiście tylko do pierwszego odkurzania.Tak kończą firmowe klocki kupowane z naszej krwawicy.
Czy żałujemy, że podłogi nie przełożyliśmy? Jest z tym strasznie dużo roboty, wyciąganie gwoździ może poniszczyć drewno, więc nie ma co gdybać i płakać nad rozlanym mlekiem. Jak się chce w domu stare drewno, to nie można narzekać, że nie wygląda jak nowe. Zresztą szpary to mały pikuś. Podłoga zawiera ewidentne dowody na to, że jeden z domowników namiętnie huśta się na krześle, a także ślady wielu innych zdarzeń (nawet ślad obszycia na dywanie odbił się pięknym ornamentem, tak miękkie jest drewno sosnowe). No cóż, wszystko, czego się używa, niszczy się. Przewaga drewna nad sztucznymi materiałami jest taka, że można je odnowić, a płyty wiórowej czy PCV nie.

Co łączy nas, posiadaczy podłóg z miękkiej sosny? Krzywym okiem patrzymy na odwiedzające nas panie, które nie zamierzają ściągnąć szpilek… A już gdy do głowy im przyjdzie taniec! Oj! Drogie panie, zapraszamy do nas w miękkich balerinkach. 

Przeczytaj inne wpisy na podobny temat:





niedziela, 7 maja 2017

Kwiaty na balkonie, czyli must have wiosna 2017

uczep rózgowaty, pelargonie, begonie, surfinie na balkonie w kamienicy

Tak uwielbiam mieć ukwiecony balkon, że zazwyczaj już w drugiej połowie kwietnia biegnę na targ po sadzonki. W tym roku jednak powstrzymała mnie pogoda. Nie to, że mrozy, bo na Dolnym Śląsku nam one nie straszne, ale po prostu było brzydko i zimno. A sadzenie kwiatów to mój rytuał, więc musi być pięknie i ciepło na dworze, żeby było przyjemnie.

Ale w końcu nastał odpowiedni dzień majowy

Wzięłam rower, złotą kartę kredytową i w sobotni ranek pojechałam na targ. I jak zwykle, szalony wybór kwiatów, nie wiadomo, na co się zdecydować, a miejsce na balkonie ograniczone. Tłum ludzi, podniecony ciepłą pogodą, gratką w tym roku, niemal wyrywał sobie roślinki z rąk. Znikały w błyskawicznym tempie, więc trzeba było szybko decydować, żeby i dla mnie coś zostało. Znów postanowiłam dać szansę uczepowi rózgowatemu (złoty deszcz), który urzekł mnie pięknymi, słonecznymi kwiatkami. Kilka lat temu miałam go na balkonie, ale wsadziłam go do doniczki z kocanką i w pełni lata marnie skończył, zagłuszony przez ekspansywną roślinę. Więc w tym roku postanowiłam dać mu osobne mieszkanie. Zakupiłam sadzonki uczepu, surfinie niebieskie i fioletowe, różowe pelargonie bluszczolistne i rabatowe, białe pelargonie bluszczolistne i przecudne begonie, które miały tak piękne kolory, że trudno było się zdecydować, co wybrać. Ledwo toto wszystko dowiozłam do domu. 

Sadzimy kwiaty

Nie lubię plastiku, ale akurat uważam, że plastikowe doniczki są najpraktyczniejsze na balustradę. Łatwo się je myje, nie niszczą się, nie butwieją itd. Wybrałam takie, by ich plastikowa brzydota jak najmniej rzucała się w oczy, zresztą roślinki i tak je szybko zakryją, i o to chodzi.
Teraz chwila zastanowienia, co gdzie wsadzamy. Potem przyjemne sadzenie w ciepłych promieniach majowego słońca.
Do kupionych sadzonek dołączam w tym roku eksperymentalnie wiciokrzew japoński – siedem pędów uszczkniętych od pięknego krzewu znajomej ogrodniczki. Jest nieukorzeniony i wygląda niewyraźnie. Zobaczymy, czy się przyjmie. 
Po wszystkim balkon wygląda jak po lawinie błotnej. Trzeba ostro sprzątać.

No, trochę mnie poniosło. Kolorystycznie. Wiem, że zamiłowanie do tęczowych kolorów nie świadczy może o najlepszym guście, ale cóż…

kwiaty na balkonie po posadzeniu, wiciokrzew, uczep rózgowaty, begonie, surfinie

Chwilę później na uczepie pojawił się pierwszy gość. Gość nie odpoczywał, tylko ciężko pracował. Swoją drogą nie wiedziałam, że uczep jest miododajny, do tej pory pszczółki na mój balkon przylatywały tylko do lawendy.

pszczółka na uczepie rózgowatym

Po kilku godzinach na majowym ostrym słońcu płatki begonii wyglądają na brzegach jak popalone. Widać osłona z surfinii i uczepu jest jeszcze zbyt mała. Trzeba wymyślić coś innego.
No i zasłużona nagroda dla prowincjonalnej pani domu:

kwiaty na balkpnie


A wieczorkiem zapowiedzieli przymrozki. Mam nadzieję, że to podłe kłamstwo. Nie należy mediom wierzyć.

Przymrozek co prawda nie nastąpił (plus dwa nad ranem), ale wszystkie kwiaty nocowały w kuchni (w końcu zainwestowałam w nie niemało). Ale za to przeżyłam załamanie nerwowe, gdy odkryłam, że białe pelargonie, które miałam za bluszczolistne, to pelargonie wielkokwiatowe! Ja kudłata durnowata! Wszystko przez tych sprzedawców na targu, którzy nie dają się człowiekowi spokojnie zastanowić, pomyśleć, pogrymasić, tylko zniecierpliwieni sterczą nad nami, potrząsając nerwowo pustą reklamówką na sadzonki…
Wylegiwanie się z piwkiem na balkonie nie trwało długo, bo moja kwiatowa nerwica kazała mi lecieć na targ do niecierpliwego sprzedawcy z wąsem i dokupować kolejne kwiaty. Doszła więc tradycyjnie komarzyca, a także trochę pelargonii rabatowych (kupiłam je chyba w jakimś amoku, bo wolę wielkokwiatowe).

Lobelia – spełnione marzenie

Ponieważ begoniom uparcie obsychały płatki kwiatów, więc stwierdziłam, że wciąż mają za dużo słońca. Myślałam, jaką tu estetyczną osłonę im sprawić i wymyśliłam. Zobaczyłam ją na targu i się zakochałam. Lobelia. Właściwie marzyłam o niej od kilku lat, ale zawsze słyszałam, że one nie lubią zbyt mocnego słońca, a ja mam balkon od zachodu. Ale tym razem pomyślałam, że zaryzykuję. No i kupiłam. Jest piękna, ale tak jak myślałam, kapryśna i niełatwa. W upalne dni po południu wygląda jak swoje własne zwłoki. Sucha i oklapnięta. Źle znosi suszę, ale i przelanie. W końcu wyczaiłam, że najlepiej podlewać ją dwa razy dziennie małymi dawkami. No i wystarczył weekendowy wyjazd, kiedy to dzień nie była podlana i na balkonie zastałam kompletnego suchacza. Aż się płakać chciało. Wyglądało na to, że nic z niej nie będzie, ale podlałam ją wodą z resztkami nadziei. I stał się cud. Na drugi dzień ożyła. A więc lobelia ma duże zdolności regeneracyjne. Jednak lepiej ich nie nadużywać, bo kiedyś się może nie podnieść.
Postanowiłam też podjąć jeszcze większe ryzyko i na mój balkon trafiły rośliny wieloletnie: clematis i kilka pnączy.
Po paru przeprowadzkach i zabiegach znerwicowanej pani domu stan balkonu na koniec czerwca wygląda tak:

powojnik, lobelia, złoty deszcz, pelargonie, clematis




mój balkon w kamienicy, rośliny na balkonie



kwiaty na balkonie w kamienicy, pelargonia



To wszystko jest oczywiście malowniczo oprószone niczym babeczki cukrem pudrem pyłem z papy i cegieł z sąsiedniej budowy. W poprzednich latach miałam piękny widok na drzewa i zarośniętą winobluszczem ruinę, a w tym roku nowy właściciel remontowanej ruiny nielegalnie ogłowił nam całkiem drzewa.I zamiast nich mogę teraz podziwiać uwijających się w pocie czoła robotników. Dlatego tak brzydko kadruję zdjęcia. 

Na ten temat napisałam też:

Balkon dla początkujących
Pnącza na moim balkonie - pierwsze eksperymenty
Clematis na balkonie, czyli wyzwanie dla niefrasobliwej pani domu

Balkon dla początkujących

Cztery lata temu stałam się szczęśliwą posiadaczką balkonu. Ponieważ zaś ciągnie mnie do grzebania w ziemi, a nigdy nie miałam ...