wtorek, 20 czerwca 2017

Pnącza na moim balkonie - pierwsze eksperymenty

winobluszcz pięciolistkowy czy zaroślowy?
Winobluszcz pięciolistkowy czy zaroślowy?

W tym roku postanowiłam pójść krok dalej w moim balkonowym ogródku. Przestały mi wystarczać jednosezonowe kwiatki, które w grudniu lądują na śmietniku. A ponieważ wciąż marzę o gęstej gęstwinie zakrywającą zielenią wszystko, co brzydkie, więc postanowiłam posadzić sobie jakieś pnącze. Zaczęłam od spełnienia mojego kwiatowego marzenia i w tym roku odważyłam się kupić sadzonkę clematisa. Nie obyło się bez problemów.
Clematisa żywot jest niestety niepewny na balkonie niefrasobliwej pani domu. Dlatego postanowiłam dosadzić sobie jeszcze jakiegoś pewniaka. Tylko jakiego?
Bluszcz? Fajny, ale kojarzy mi się z cmentarzem i ze starymi, ciemnymi i przygnębiającymi parkami.

Winobluszcz? To moje ulubione pnącze. Uwielbiam je, tak samo jak piosenkę Grechuty „Dzikie wino”. Jesienią na zachodnim balkonie winobluszcz z pewnością pięknie przebarwi się na czerwono, ale ma jedną wadę. Na zimę łysieje, a w trakcie łysienia będzie śmiecił na balkonie.
Wiciokrzew? Jest zimozielony, ładnie kwitnie, do tego kwiaty pachną i są miododajne. Co prawda, nie wspina się po murze, ale chyba zadowoli się moją balustradą?
Znajoma Ogrodniczka zaoferowała gratis nieograniczoną ilość pędów wiciokrzewu japońskiego, więc wzięłam w ciemno.

Jak nie sadzić wiciokrzewu japońskiego?

Znajoma Ogrodniczka poradziła, by wsadzić do ziemi końcowki pędów i z pewnością się ukorzeni. Tak więc zrobiłam. Kilka krótkich pędów wylądowało w donicy. Ale jakoś nie dowierzałam tej metodzie, więc pozostałe pędy próbowałam ukorzenić babciną metodą w kieliszkach z wodą.
Cóż, mimo kilkakrotnie ponawianych prób, żadna sadzonka się nie ukorzeniła, wszystkie zmarniały. Te w kieliszkach trzymały się świetnie kilka tygodni, ale żaden pęd nie wypuścił choćby minikorzonka. Postanowiłam więc zainwestować kilka złotych w ukorzeniacz.

Tak można posadzić wiciokrzew

Zgodnie z instrukcją na opakowaniu ukorzeniacza zrobiłam małe dołki w ziemi, do każdego wsypałam pół łyżeczki tego tajemniczego pyłku. Nie mam pojęcia, z czego to się składa, bo na opakowaniu nic nie było napisane. Zaczęłam przypuszczać, że ukorzeniacz, to jakieś sproszkowane nogi pająka połączone z kwiatem paproci zerwanym przy pełni księżyca, z dodatkiem ususzonego skrzydła nietoperza i jadu węża.
Do dołka wsadziłam dwuwęzłowe sadzonki oberwane z tych, które kilka tygodni stały w kieliszkach z wodą. Kieliszki włożyłam do zmywarki i zapomniałam o nich. Na drugi dzień, gdy opróżniałam zmywarkę, usilnie starałam się przypomnieć sobie, co to za popijawa u mnie wczoraj była? Kto ukradkiem popija wódkę? W końcu z ulgą przypomniałam sobie, że pijakiem są sadzonki wiciokrzewu.
W każdym razie ukorzeniacz ze sproszkowanych nóg pająka zadziałał, co ewidentnie jest dowodem na jego magiczny skład. I moje mocno wymęczone już i rachityczne sadzonki zaczęły wypuszczać maleńkie pędy, choć roślinka się specjalnie z nimi nie spieszy i rośnie bardzo, bardzo powoli. Ale żyje. To zachęciło mnie do dalszych eksperymentów ogrodniczych (prymitywnych, co prawda, ale zawsze).

W dzikie wino zaplątani

Znajoma Ogrodniczka ma działkę, na której walczy z posadzonym tu kiedyś winobluszczem pięciolistkowym (bo go nie lubi). Co gdzieś w ziemi pojawi się mały pędzik, bezlitośnie go wyrywa. Postanowiłam więc jakiś przeoczony przez Znajomą Ogrodniczkę pęd wykopać sobie z korzeniami. Udało mi się znaleźć takie maleństwo i wkrótce wylądowało na moim balkonie, gdzie już po kilku dniach cieszyło oczy kilkoma listkami. Siła sugestii jest jednak ogromna. Znajoma Ogrodniczka traktuje winobluszcz jak chwast, i mnie się on tak zaczął kojarzyć. I choć rośnie jak szalony, jakoś przestał mi się podobać i patrzę na niego bez sympatii. W dodatku zaczęłam podejrzewać, że mój winobluszcz to winobluszcz zaroślowy, a nie pięciolistkowy. Dlaczego? Dlatego że za bardzo nie chce się czepiać ściany, jeno chwieje się na wietrze jak pijany. Jak odróżnić winobluszcz pięciolistkowy od zaroślowego? Ponoć ten pierwszy ma czerwonawe pędy, pędy drugiego są od razu zielone. A pędy mojego? Niby lekko czerwonawe, ale czy ja wiem? Trzeba też sprawdzić, czy wąsy mojego winobluszcza mają przylgi. Nie mają. No, ale dam mu szansę, może jeszcze te cholerne przylgi wykształci. Bo jak nie, to trafi tam, gdzie jego miejsce. W zarośla.
Przyszło mi też do głowy, że jednak bardziej elegancki jest winobluszcz trójklapowy i może gdzieś chyłkiem ukradnę pędzik.

Co to za dziwna roślina?

Niedaleko mojego domu na murze rośnie sobie ładne pnącze. Wielkie, gęste, imponujące, wiecznie zielone. Przepiękne. Podeszłam raz bliżej przyjrzeć się, co to jest. Roślina miała sercowate, duże i bliżej niezidentyfikowane liście, więc została sobie tajemniczym pnączem. Ale kiedyś w innym miejscu zobaczyłam ową roślinę przepięknie rozkrzewioną na wielkiej pergoli. Gdy się jej przyjrzałam, niżej, pod sercowatymi liśćmi dostrzegłam listki bluszczu. W pierwszej chwili myślałam, że to jakaś kompozycja pnączy, ale mimo starań nie mogłam się dopatrzeć, gdzie dziwna roślina rozłącza się od bluszczu. I wtedy mnie olśniło. Czyżby bluszcz miał dwa rodzaje liści? Sprawdziłam w internecie. Bingo! Eureka! Odkryłam Amerykę, he he. Bluszcz rzeczywiście ma dwa rodzaje liści. Nie rozwikłałam tylko zagadki, dlaczego nie zauważyłam tych ładnych sercowatych liści u dziko rosnącego bluszczu w parkach i lasach. Tak oto empirycznie przekonałam się, że bluszcz pospolity ma liście dwupostaciowe, co się mądrze nazywa „heterofilia” (pozornie brzmi to jak coś podobnego do homofobii). Liście u góry są sercowate, a u dołu, powiedzmy, bluszczowate. Jeśli tak ma wyglądać bluszcz, to i owszem, zmieniam zdanie, jednak mi się podoba. Dziabnęłam więc pęda, pędem do domu i do ukorzeniacza go! Z lenistwa dałam mu tymczasowe lokum z winobluszczem, jak się przyjmie, to przesadzę.

Takim to sposobem stałam się posiadaczem czterech typowych pnączy na balkonie, na razie są u mnie na etapie raczkowania.

Na podobny temat napisałam też: 

piątek, 9 czerwca 2017

Jak pozbyć się pająka w elegancki sposób?

jak pozbyć się pająka

W tym artykule nie znajdziecie porad jak pozbyć się z domu Pająków. Dlaczego? Wszystkie porady, które na ten temat czytacie, możecie sobie spokojnie darować. Bo na pająki nie ma metody. Poza tym, jak głosi przesąd, dom pełen pająków, to dom szczęśliwy i uważam, że coś w tym jest. Mieszkałam kiedyś w bloku, gdzie nie było pająków, i wiem, o czym mówię. Poza tym pająki zjadają muchy i komary, czyli jeszcze gorsze tałatajstwo. Tak czy siak, my, mieszkańcy kamienic i starych domów musimy nauczyć się z pająkami żyć. Oczywiście nie unikniemy usuwania pajęczyn. Zawsze odkurzamy nie tylko podłogę, ale i sufit. Jeśli zaniedbamy tej czynności, pewnego dnia w promieniach ostrego porannego słońca spojrzymy do góry i poczujemy się jak w zamku Drakuli, a nad nami będą romantycznie zwisać gotyckie nici. Ale z pająkami w liczbie mnogiej, które żyją sobie gdzieś tam na suficie, jakoś się dogadamy.

Jednak jest też pająk w liczbie pojedynczej, wielki i włochaty, który nagle pojawia się w bardzo niedogodnym dla nas miejscu, na przykład w wannie, gdy chcemy sobie zrobić kąpiel. I co wtedy robimy? Wołamy: Mężu! Partnerze! Tato! Konkubencie! Sąsiedzie! Jakikolwiek mężczyzno! Ja tak raz zrobiłam. Wszedł mężczyzna, wziął kapcia, szast-prast i po pająku. „Dlaczego to zrobiłeś?”, szlochałam potem nad losem niewinnego zwierzęcia. „No, bo sama chciałaś, krzyczałaś, bałaś się pająka itd. itd.”, usłyszałam. No niby tak, ale nie chciałam w swoim domu masakry kapciem czy piłą mechaniczną. Poza tym, jak wiadomo, jak się zabije pająka, to niechybnie spadnie deszcz.

Jeśli więc chcecie same pozbyć się pająka, jednocześnie nie robiąc mu krzywdy, zdradzę Wam niezawodną metodę. Można nią usuwać nie tylko pajęczaki, ale też Różne Straszne Stwory, które latem tłumnie składają nam odwiedziny, jak chrząszcze, szarańcze, pasikoniki i Dziwne Robaki z Pomarańczowymi Wąsami. Dobra. Zaczynamy!

Potrzebujemy:
  1. Pająka, najlepiej dużego, włochatego i strasznego.
  2. Jakiegoś naczynia, najlepiej szklanki, słoika albo miseczki. Jeśli pająk jest zmutowaną tarantulą, to potrzebujemy wielkiej miski, może być balon Tupperware.
  3. Sztywnej płaskiej powierzchni, może to być tekturka, kartonik, okładka kolorowej gazety, gazeta, gruba kartka, ostatecznie zwykła kartka, aby była większa od średnicy naczynia. Świetnie nadają się też różnego rodzaju listy polecone w kopertach, na przykład komornicze wezwanie do zapłaty, które potem możemy wyrzucić razem z pająkiem.
No i zaczynamy akcję!

Krok 1.
Należy pająka nakryć naczyniem. W tym celu polecam naczynie szklane. Dlaczego? Abyśmy mogły przez chwilę przyjrzeć się potworowi, oswoić z nim, a nawet go polubić. Ostatecznie, żebyśmy mogły monitorować poczynania bestii i mieć pewność, że jest po szklanką, a nie na przykład dyskretnie wymknął się po angielsku i jest w naszym rękawie. Aj, coś mnie tam zaswędziało.

Krok 2.
Gdy pająk zostanie zdybany, wsuwamy karton/kopertę pod naczynie. Powoli, by nie zmiażdżyć nóżek stworkowi. Jeśli tylko damy mu szansę, on z gracją je podniesie i wejdzie na karton. Karton powinien całkowicie zasłonić otwór naczynia.

Krok 3.
Teraz możemy poszukać pająkowi partnera/partnerki i założyć sobie hodowlę pająków. Ale chyba nie oto nam chodzi. Więc czeka nas wykonanie jednego zręcznego ruchu, który jest naszym być albo nie być w przypadku, gdy złapałyśmy tarantulę, ptasznika albo czarną wdowę. Musimy doprowadzić do tego, żeby wziąć karton ze szklanką (ciasno przyciśniętą do kartonu) do ręki. Czyli podważamy go z jednej strony i jednocześnie unosimy i dociskamy do niego szklankę. Jeśli tylko nie mamy zaawansowanej arachnofobii na pewno sobie z tym poradzimy (jeśli pająk jest w wannie możemy przeciągnąć go z kartonem i szklanką poza jej krawędź).

Krok 4.
Teraz wystawiamy zwierza poza dom, np. do ogrodu, na balkon albo zewnętrzny parapet, odkrywamy szklankę i, nim pająk postanowi na nas wleźć, szybko uciekamy, chowamy się do środka, zamykając szczelnie drzwi czy okna. Najgorszy jest ten pierwszy raz, ale za każdym kolejnym pozbędziemy się pająka w sposób szybki, elegancki i ekologiczny, godny prawdziwej damy.  

Tylko uwaga! Pewnego razu moja siostra chciała się pozbyć w ten sposób stada chrząszczy, które nawiedziły ją latem. Po chwili miała cały parapet w słoikach i szklankach, a chrząszcze ani myślały sobie odlatywać, świetnie się czuły na tych szklankach. Dlatego lepiej nie używać do tego kryształowych naczyń i innych rosenthali.

Dzięki tej metodzie, usuwanie pająków z domu może stać się prawdziwą przyjemnością. Jednak nie przesadzajmy z nią i stosujmy awaryjnie. Pająk naszym przyjacielem jest i lepszy jeden pająk niż stado much i komarów. Z pająkowym pozdrowieniem. Ahoj. Czuwaj.  



środa, 24 maja 2017

Renowacja drzwi i podłóg w poniemieckiej kamienicy

stare drewniane drzwi i framugi

Tak się szczęśliwie złożyło, że nasze mieszkanie w kamienicy, miało oryginalne okna skrzynkowe, podłogę i drzwi z opaskami. Po długich deliberacjach (bo chcieliśmy bardzo, ale wszyscy nam odradzali i mówili, że to bezsensu) i omawianiu za i przeciw postanowiliśmy wszystko odrestaurować.
Renowacja zabytkowej stolarki w kamienicy jest jak historia romansu. Najpierw zachwyt, wielka miłość, nadzieje i oczekiwania, potem ślub i… proza życia. Zaczynamy dostrzegać wady małżonka. Ale prawdziwa miłość trwa.

Poniemieckie drewniane drzwi i framugi

renowacja drzwi w stuletniej kamienicy

Oto drzwi i framugi z opaskami. Mają nieco ponad sto lat (budynek powstał ok. 1906 roku). Przez kilkadziesiąt peerelowskich lat malowane kolejnymi warstwami farby olejnej w kolorze białym. Potem standardowo opalone z farby, oszlifowane, szpachlowane i pomalowane dwiema warstwami białej farby akrylowej. Okucia i klamki, choć niewielkiej urody, zostawiliśmy oryginalne. Klamki zostały oczyszczone, okucia pomalowane. 

drewniane drzwi i framugi w poniemieckiej kamienicy


Gdy włączyliśmy ogrzewanie, to naocznie przekonaliśmy się o właściwościach higroskopijnych drewna. Otóż, gdy powietrze zrobiło się suche, nasze pięknie odrestaurowane drzwi zaczęły sobie oddychać, oddając powietrzu wilgoć. Można było to poznać po tym, że zrobiły się paskudne szpary w zagłębieniu frezu.
Miałam ochotę wyć i płakać z rozpaczy. Kolega poradził, byśmy wypełnili je akrylem, ale na szczęście go nie posłuchaliśmy. Szpary w sezonie letnim stają się niemal niewidoczne, w zimowym widać je nieco bardziej, ale powiedzmy, że dodają drzwiom charakteru. Taki naturalny shabby chic.
W niektórych pomieszczeniach, gdzie powstały nowe otwory drzwiowe, musieliśmy kupić nowe drzwi. Poszliśmy „po taniości”, nie wzięliśmy więc drewnianych, tylko z płyty wiórowej. Za to zainwestowaliśmy w ozdobne opaski drzwiowe i to się akurat opłacało, bo niektórzy goście myślą, że to oryginalne drzwi. Oczywiście, dopóki nie zobaczą ich z bliska.

Stara drewniana podłoga

Pod puszystymi peerelowskimi dywanami podłoga zachowała się całkiem dobrze, wraz z przeglądem kolorystycznym farb olejnych, jakie akurat rzucano na rynek. Ostatni kolor to piękny sraczkowaty.
Cyklinowanie ukazało piękno i świetny stan drewna (sosna, a w jednym pokoju świerk). 

wycyklinowana stuletnia świerkowa podłoga
podloga świerkowa, kolory niestety są przekłamane, zbyt żółte 

W podłodze były niestety też piękne szpary. Pod wpływem jakichś internetowych rad postanowiliśmy wypełnić je pyłem z cyklinowania z klejem. Sam cykliniarz kręcił nosem i szczerze nas ostrzegał, że na trwałość tego wypełnienia nie daje gwarancji, bo będzie wypadać. Zanim jeszcze nastąpiło to tragiczne wydarzenie, stało się coś innego. Oczywiście podłoga została wycyklinowana i pomalowana półmatowym lakierem w kolorze jasny dąb, który miał nieco wychłodzić odcień drewna. (Jak się później okazało, wychłodził za mało. Drewno pod lakierem ma tendencję do żółknięcia, zresztą, czym byśmy nie pomalowali, odcień i tak za jakiś czas się zmieni, wyjątkiem są może podłogi bardzo ciemne). Ale z początku podłoga była bardzo ładna, nie oddają tego niestety fatalnej jakości zdjęcia, które wtedy zrobiłam. 


stara drewniana podłoga po cyklinowaniu i lakierowaniu

I zaczynają się problemy

Natomiast kilka tygodni później niepomiernie zdziwiło nas, że wypełnienia szpar w kilku miejscach zmieniły kolor na... ostry pomarańczowy. Nie mam pojęcia, jaka dziwna reakcja chemiczna tu zaszła, ale tak w istocie się stało. Ponieważ cykliniarz nie brał odpowiedzialności za wypełnienia, musieliśmy z tym żyć. Da się. Gorzej z tym, że podobnie jak w przypadku drzwi, po włączeniu ogrzewania szpary w niektórych miejscach bardzo się poszerzyły, a wypełnienie powypadało. W tych szparach pewien mały domownik sprytnie przechowuje chyba całe zestawy lego, oczywiście tylko do pierwszego odkurzania.Tak kończą firmowe klocki kupowane z naszej krwawicy.
Czy żałujemy, że podłogi nie przełożyliśmy? Jest z tym strasznie dużo roboty, wyciąganie gwoździ może poniszczyć drewno, więc nie ma co gdybać i płakać nad rozlanym mlekiem. Jak się chce w domu stare drewno, to nie można narzekać, że nie wygląda jak nowe. Zresztą szpary to mały pikuś. Podłoga zawiera ewidentne dowody na to, że jeden z domowników namiętnie huśta się na krześle, a także ślady wielu innych zdarzeń (nawet ślad obszycia na dywanie odbił się pięknym ornamentem, tak miękkie jest drewno sosnowe). No cóż, wszystko, czego się używa, niszczy się. Przewaga drewna nad sztucznymi materiałami jest taka, że można je odnowić, a płyty wiórowej czy PCV nie.

Co łączy nas, posiadaczy podłóg z miękkiej sosny? Krzywym okiem patrzymy na odwiedzające nas panie, które nie zamierzają ściągnąć szpilek… A już gdy do głowy im przyjdzie taniec! Oj! Drogie panie, zapraszamy do nas w miękkich balerinkach. 

Przeczytaj inne wpisy na podobny temat:





niedziela, 7 maja 2017

Kwiaty na balkonie, czyli must have wiosna 2017

uczep rózgowaty, pelargonie, begonie, surfinie na balkonie w kamienicy

Tak uwielbiam mieć ukwiecony balkon, że zazwyczaj już w drugiej połowie kwietnia biegnę na targ po sadzonki. W tym roku jednak powstrzymała mnie pogoda. Nie to, że mrozy, bo na Dolnym Śląsku nam one nie straszne, ale po prostu było brzydko i zimno. A sadzenie kwiatów to mój rytuał, więc musi być pięknie i ciepło na dworze, żeby było przyjemnie.

Ale w końcu nastał odpowiedni dzień majowy.
Wzięłam rower, złotą kartę kredytową i w sobotni ranek pojechałam na targ. I jak zwykle, szalony wybór kwiatów, nie wiadomo, na co się zdecydować, a miejsce na balkonie ograniczone. Tłum ludzi, podniecony ciepłą pogodą, gratką w tym roku, niemal wyrywał sobie roślinki z rąk. Znikały w błyskawicznym tempie, więc trzeba było szybko decydować, żeby i dla mnie coś zostało. Znów postanowiłam dać szansę uczepowi rózgowatemu (złoty deszcz), który urzekł mnie pięknymi, słonecznymi kwiatkami. Kilka lat temu miałam go na balkonie, ale wsadziłam go do doniczki z kocanką i w pełni lata marnie skończył, zagłuszony przez ekspansywną roślinę. Więc w tym roku postanowiłam dać mu osobne mieszkanie. Zakupiłam sadzonki uczepu, surfinie niebieskie i fioletowe, różowe pelargonie bluszczolistne i rabatowe, białe pelargonie bluszczolistne i przecudne begonie, które miały tak piękne kolory, że trudno było się zdecydować, co wybrać. Ledwo toto wszystko dowiozłam do domu. 

Sadzimy kwiaty

Nie lubię plastiku, ale akurat uważam, że plastikowe doniczki są najpraktyczniejsze na balustradę. Łatwo się je myje, nie niszczą się, nie butwieją itd. Wybrałam takie, by ich plastikowa brzydota jak najmniej rzucała się w oczy, zresztą roślinki i tak je szybko zakryją, i o to chodzi.
Teraz chwila zastanowienia, co gdzie wsadzamy. Potem przyjemne sadzenie w ciepłych promieniach majowego słońca.
Do kupionych sadzonek dołączam w tym roku eksperymentalnie wiciokrzew japoński – siedem pędów uszczkniętych od pięknego krzewu znajomej ogrodniczki. Jest nieukorzeniony i wygląda niewyraźnie. Zobaczymy, czy się przyjmie. 
Po wszystkim balkon wygląda jak po lawinie błotnej. Trzeba ostro sprzątać.

No, trochę mnie poniosło. Kolorystycznie. Wiem, że zamiłowanie do tęczowych kolorów nie świadczy może o najlepszym guście, ale cóż…

kwiaty na balkonie po posadzeniu, wiciokrzew, uczep rózgowaty, begonie, surfinie

Chwilę później na uczepie pojawił się pierwszy gość. Gość nie odpoczywał, tylko ciężko pracował. Swoją drogą nie wiedziałam, że uczep jest miododajny, do tej pory pszczółki na mój balkon przylatywały tylko do lawendy.

pszczółka na uczepie rózgowatym

Po kilku godzinach na majowym ostrym słońcu płatki begonii wyglądają na brzegach jak popalone. Widać osłona z surfinii i uczepu jest jeszcze zbyt mała. Trzeba wymyślić coś innego.
No i zasłużona nagroda dla prowincjonalnej pani domu:

kwiaty na balkpnie


A wieczorkiem zapowiedzieli przymrozki. Mam nadzieję, że to podłe kłamstwo. Nie należy mediom wierzyć. 

Na ten temat napisałam też:
Balkon dla początkujących
Pnącza na balkonie

piątek, 5 maja 2017

Jak przeżyć pierwsze trzy lata w szkole muzycznej?


Dzielę się tu pewnymi swoimi przemyśleniami nie po to, żeby się powymądrzać, ale żeby dodać otuchy tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z muzyką. To rady dla zwykłych rodziców zwykłych dzieci. Jeśli chowacie wirtuoza, lepiej ich nie czytajcie.
A więc... (tak, wiem, nie zaczynaj zdania od "a więc")... A więc... Jak przeżyć pierwsze lata w szkole muzycznej?

1. Przede wszystkim nastaw się, że będzie ciężko.

2. Nastaw się, że dziecko nie zaskoczy i trzeba będzie porzucić szkołę. Zresztą groźba porzucenia szkoły jest aktualna na każdym etapie nauki.

3. Nastaw się, że raz na jakiś czas wystąpi kryzys u dziecka. Zachęcaj dziecko, żeby się nie poddawało, nie rezygnowało. Lekkie kryzysy zdarzają się co jakiś czas u każdego i są normalne. Nie warto wtedy odpuszczać i od razu rezygnować ze szkoły. Słyszałam o dorosłych, którzy mają żal do rodziców, bo zbyt łatwo zgodzili się na porzucenie przez nich szkoły, nie zmotywowali, nie zmusili.

4. Nastaw się, że raz na jakiś czas wystąpi kryzys u Ciebie. Nie przejmuj się nim, szybko minie. Na szczęście to nie Ty musisz codziennie ćwiczyć gamy i pasaże. A więc skąd ten kryzys? Patrz: punkt 5 i 6.

5. Uczęszczaj na lekcje instrumentu z dzieckiem (z początku nawet na każdą, w II i III klasie np. na co drugą). Większość nauczycieli tego wymaga przez pierwsze lata. Ale uwaga! Zdarzają się tacy, którzy sobie tego nie życzą. Myślę jednak, że warto, bo łatwiej skontrolować, czy dziecko dobrze ćwiczy. Dzięki temu czas ćwiczeń może być krótszy, bo bardziej efektywny. Ale można też przedobrzyć, nazbyt się angażując, i dziecko potem nie umie i nie chce samodzielnie ćwiczyć. No niestety, ja sobie nałożyłam nieopatrznie taką kulę na nogę i zastanawiam się, jak ją dyskretnie odpiąć.

6. Przygotuj się na to, że w czasie domowych ćwiczeń dziecka trzeba pilnować realizacji poleceń nauczyciela. Jesteś laikiem w sprawach muzycznych? Nie przejmuj się. Ja też nim jestem, a mimo to po kilku miesiącach nauki nauczycielka instrumentu zaczęła podejrzewać, że w domu zatrudniamy korepetytora z instrumentu. Nauczyłam się z grubsza wyłapywać błędy rytmiczne, nutowe, dynamiczne i artykulacyjne. Pytanie tylko, czy to dobrze? Na pewno z początku dziecku to pomaga. Ale jak usłyszałam, że są rodzice, którzy nie mają zupełnie pojęcia, co ich dziecko ćwiczy, to im pozazdrościłam. W takim sensie, że dzieci te są samodzielne. A tu się trzeba tej samodzielności nauczyć.
Z kolei zdziwiłam się, gdy przeczytałam, że większość laureatów konkursów chopinowskich do 15 roku życia ćwiczyło pod kontrolą rodziców, więc chyba coś w tym jest.

7. Nie licz na to, że dziecko z własnej woli usiądzie do ćwiczeń (nie słyszałam o takich przypadkach). Przypominaj mu o tym cierpliwie, byle nie kijem. Pilnuj czasu, który spędza przy pianinie, i realizacji poleceń nauczyciela. Chwal, gdy z własnej inicjatywy usiądzie do instrumentu (choćby po to, żeby zagrać „Sto lat” ze słuchu). I nie licz na to, że będzie czerpało z ćwiczeń wielką przyjemność. Owszem, z radością zagra Ci trzy razy z rzędu menueta i będzie szczęśliwe. Ale to Ty musisz mu wytłumaczyć, że ćwiczenia nie polegają na tym, żeby grać to, co nam idzie łatwo, tylko na mozolnym szlifowaniu kłopotliwych fragmentów utworu.

8. Przygotuj się na to, że będziesz musiał posiąść fascynującą wiedzę o interwałach, tonice, triolach i synkopach. Chyba że Twoje dziecko należy do tego 1% dzieci, które lubią kształcenie słuchu i bez pomocy rodziców świetnie sobie radzą na tym przedmiocie. A kształcenie słuchu to coś, co może przyprawić o gęsią skórkę nawet tych, co mają doktorat z chirurgii.

9. Nie porównuj dziecka do innych dzieci. Ha, łatwo powiedzieć! Ale co, jeśli na pierwszym popisie nasze dziecko mozolnie wystukało „Dzięcioła”, a tu rówieśniczka Nikola mistrzowsko zagrała jakąś „etiudę z pedałem”? Można się załamać. No można. Dlatego się nie porównujemy.
Dziecko nasze z pewnością będzie robiło postępy i ani się obejrzymy jak zagra „etiudę z pedałem”. Oczywiście, Nikola w tym czasie będzie już grała etiudy Szopena, więc się nie porównujemy, bo można wpaść w zazdrość (albo w zbytnią próżność, jeśli jesteśmy rodzicami Nikoli).

10. Panuj nad nerwami. Ha, łatwo powiedzieć! Niekiedy w czasie ćwiczeń emocje obu stron naprawdę sięgają zenitu. Znany mi jest przypadek młodej skrzypaczki, która podczas ćwiczeń straszyła matkę, że wydłubie jej smyczkiem oko. Tak więc dla naszego dobra, jako starsi i mądrzejsi, panujmy nad nerwami naszymi i dziecka.

11. Zachęcaj dziecko do wykorzystywania umiejętności muzycznych poza szkołą. Niech robi koncerty dla rodziny, śpiewa psalmy w kościele, gra popularne piosenki samo dla siebie. Niech nie boi się zagrać na przygodnych, nawet rozstrojonych pianinach w restauracjach i pensjonatach. Niech usłyszy pochwały i zachwyty. Niech zobaczy, że ta wiedza i umiejętności konkretnie mu się przydają. To szalenie mobilizuje.

12. Nie planuj długotrwałej kariery dziecka w pierwszej klasie (no chyba, że jesteś z Japonii albo z Chin). Nie zastanawiaj się, jaki instrument dodatkowy ma wybrać w czwartej, na jaki kierunek zapisać go w drugim stopniu, i jaki profesor z Krakowa byłby dla niego najlepszy. Umiejętności, talenty i chęci dziecka zmieniają się jak w kalejdoskopie. Trzeba się cieszyć każdym zakończonym semestrem, bo to może być nasz ostatni w szkole muzycznej.

13. Ciesz się sukcesami. A one na pewno będą. Nie dla każdego szóstki z egzaminów i wygrana w konkursach regionalnych. Ale nawet przeciętniak nieraz przyprawi Was o łzy wzruszenia i pęknięcie z dumy.

14. Ciesz się, jeśli masz cierpliwych sąsiadów. My takich mamy. Nie narzekają, tylko chwalą i motywują, a pianino słychać w całej kamienicy. Dobrym sąsiadom należy dziękować za miłe słowa, a złym i czepialskim życzyć pogody ducha.

Podsumowując, szkoła muzyczna, to trochę taki roller coaster. Czeka nas ostra jazda w dół i w górę. I na pewno ogromna dawka emocji. I życzę wszystkim, żeby przeważały te pozytywne.

Zapraszam do podzielenia się swoimi refleksjami na ten temat.

Poczytaj inne wpisy na ten temat:



środa, 26 kwietnia 2017

Czy warto posłać dziecko do szkoły muzycznej?



Posłanie dziecka do szkoły muzycznej, podobnie jak użytkowanie okien skrzynkowych i noszenie krynoliny, jest świadomym utrudnieniem sobie życia ze względów estetycznych. Jednak wielu ludzi lubi z różnych powodów utrudniać sobie życie. Przykładem niech będą ci, którzy wchodzą na ośmiotysięczniki po to, by zaraz szybko z nich zejść. Szkoła muzyczna dla większości osób będzie właśnie takim ośmiotysięcznikiem. I niestety, Reinholdów Messnerów wyda niewielu…
Musicie być przygotowani na krew, pot, łzy, histerie, furie, ale z drugiej strony Waszym udziałem będą też chwile szczęścia, wzruszenia i dumy.
Musicie wiedzieć, czego oczekujecie po tej szkole. Czy chcecie, żeby dziecko zostało wirtuozem? Czy chcecie, że było wykształcone muzycznie i po prostu umiało grać na jakimś instrumencie? Nasze podejście i cały pobyt w szkole dziecka zasadniczo będzie się różnił, w zależności od tego, którą drogę wybierzemy. Ja od razu mówię, że na drodze wirtuozerskiej się nie znam. Nie miałam nigdy złudzeń, że moja pociecha okaże się drugą Marthą Argerich, ale myślałam, że chociaż pani od pianina się trochę połudzi. Niestety, nie dała się nabrać…

Kiedy posłać dziecko do szkoły muzycznej?

  1. Kiedy samo tego chce.
  2. Kiedy zdradza wrażliwość artystyczną i różne talenty (niekoniecznie muzyczne, na egzaminie wstępnym i tak zweryfikują, czy dziecko się nadaje do szkoły muzycznej). Zresztą z tego, co zauważyłam, talenty najczęściej chodzą parami i dzieci uzdolnione plastycznie nierzadko są uzdolnione np. muzycznie czy literacko i vice versa. I trudno przewidzieć czasem, jaki akurat talent rozwinie w przyszłości. Szkoła muzyczna to jedyna artystyczna szkoła dostępna od pierwszej klasy szkoły podstawowej (no, może oprócz baletowej). Nawet, jeśli dziecko zdradza talenty malarskie czy pisarskie, to szkoła muzyczna bardzo mu pomoże, wykształcając w nim wrażliwość, ucząc pracowitości, wzmacniając kreatywność.
  3. Kiedy wykazuje wyjątkowy talent muzyczny. W tym przypadku nawet, jeśli dziecko za bardzo nie chce, to warto próbować go do tego przekonać (ale nie zmuszać), ewentualnie na początek zapisać na prywatne lekcje.

Kiedy nie posyłać dziecka do szkoły muzycznej?

  1. Wtedy, gdy dziecko zdecydowanie tego nie chce.
  2. Wtedy, gdy uważamy, że to szkoła jak każda inna i o co takie wielkie halo, to w szkole mają go nauczyć grać, nam nic do tego, pianina nie mamy zamiaru kupować, a junior będzie od czasu do czasu chodził grać do cioci Józi albo poplumka na naszym domowym syntezatorze.

Strrraszne konsekwencje decyzji

Wariant A. Jeśli nie poślemy dziecka do szkoły muzycznej, może mieć o to żal do rodziców, gdy dorośnie.
Wariant B. Jeśli poślemy dziecko do szkoły muzycznej, może mieć o to żal do rodziców, gdy dorośnie.
Ale ponieważ 99,9% dzieci ma do rodziców o coś żal w życiu dorosłym, co za różnica, czy będą miały o jeden żal więcej czy mniej? A może będą miały tylko taki żal, a lepszy taki żal niż jakiś inny.

Szkoła ogólnokształcąca czy popołudniowa?

Popularny jest pogląd, że ogólnokształcąca jest dla bardziej zmotywowanych, takich gotowych więcej poświęcić dla muzyki. Z moich doświadczeń wynika co innego. Szkoły popołudniowej w ogóle nie brałam pod uwagę. Uważam, że jest ona dla świetnie zorganizowanych rodziców i dla dzieci, które bardzo, bardzo chcą grać. Tak bardzo, że po lekcjach w jednej szkole będą chciały jechać do drugiej, w której w dodatku nie da się nawiązać takich więzi koleżeńskich, jak w podstawówce. Szczerze podziwiam dzieci i rodziców ze szkoły popołudniowej, bo wydaje mi się, że im jest ciężej. SM ma tę zaletę, że łatwiej zrezygnować, gdy coś nie idzie. Zastanawiam się jednak, czy to zaleta czy wada. Podejrzewam, że my zrezygnowalibyśmy już po pierwszych trudnościach, a tak ciągniemy ten wózek…

Zalety szkoły muzycznej

1. Rozwija się mózg, czy coś tam coś tam w mózgu, że półkule niby lepiej współpracują czy coś.
Ogólnie ten argument mnie nie przekonuje. Bo czy dziecko z trochę bardziej rozwiniętym czymś tam w mózgu będzie szczęśliwsze, lepsze, łatwiej zrobi karierę? Nie jest to powiedziane, a może być wręcz odwrotnie. Ale wiele osób ceni sobie, że dziecku się coś tam rozwija…
2. Podstawy muzyczne to jak nauka języka obcego.
I to prawda. Język muzyki to najcudowniejsze esperanto świata. Umiejętność czytania kodu nutowego i porozumiewania się tym językiem, to coś, czego ja, laik, ogromnie zazdroszczę ludziom wykształconym muzycznie. Większość dzieci kiedyś podziękuje rodzicom możliwość takiej nauki.
3. Zazdrość. To mój argument. Naprawdę jedną, jedyną rzeczą, jakiej od lat zazdroszczę ludziom, jest umiejętność grania na jakimś instrumencie. I nie jestem żadnym tam zmarnowanym geniuszem muzycznym. Jednak często ogarnia mnie nieprzeparta ochota, żeby wziąć instrument i zagrać, co mi w duszy gra. A mogę sobie tylko zagwizdać.
4. Fajna atmosfera w szkole. Jeśli nie wmówimy sobie, że nasze dziecko jest skończonym geniuszem, nie wpadniemy w konkursowo-rywalizacyjny kierat i nie znienawidzimy wszystkich dzieci, które na popisach grają lepiej od naszego dziecka, to nawet dla rodzica przyjście do tej szkoły jest prawdziwą przyjemnością. Wrażliwe, grzeczne dzieci (jak na dzieci), muzyczka dobiegająca zza różnych drzwi grana na różnorakich instrumentach, na okrągło występy, popisy, przedstawienia… No tak inaczej jakoś, sympatyczniej, mniej szkolnie, bardziej artystycznie, dostojnie.
5. Praca. Obawiam się, że zwykła podstawówka z jej obecnym poziomem nie nauczy dziecko pracy, wytrwałości, konsekwencji, podnoszenia poprzeczki.
A tu bez ciężkiej pracy nie da rady, dziecko ma więc prawdziwą szkołę życia. Z sukcesami i porażkami, z ciężką pracą i jej owocami.
6. Stres. Jestem zwolennikiem teorii, że nic tak nie szkodzi dzieciom, jak próba ochronienia ich przed wszelkimi rodzajami stresu, nawet tak błahymi, jak dostanie gorszej oceny. Wskutek tego rodzice robią wszystko za dziecko i wychowują kalekę społecznego. W szkole muzycznej na pewno stresu jest trochę więcej, choćby ze względu na to, że każdy semestr kończy egzamin, z którego dostaje się uczciwą (mam nadzieję), komisyjną ocenę i to nie opisową, w rodzaju: „dziecko gra na swój sposób pięknie, choć rytmicznie inaczej, indywidualnie i kreatywnie podchodząc do zapisu nutowego”. Oczywiście rodzic za bardzo tego stresu nie powinien dokładać (np. śrubując mu normy ćwiczeń czy próbując pomóc w dojściu do perfekcji za pomocą krzyku i kar), bo może przegiąć w drugą stronę i nabawić dziecko wstrętu do muzyki i grania, a tego się obawiamy najbardziej.

Mity na temat szkoły muzycznej

  1. Szkoła muzyczna zabiera dzieciństwo.
    Moja koleżanka na wieść, że chcę posłać dziecko do szkoły muzycznej, zareagowała mniej więcej tak, jakbym oddawała je do obozu koncentracyjnego. Ja zostałam potraktowana jak nadgorliwa matka-wariatka, która chce zabrać dziecku możliwość spędzenia kilku lat na podwórkowym trzepaku (bo ta koleżanka właśnie te swoje mityczne lata na trzepaku z wielkim rozrzewnieniem wspomina)... Dobra, a więc trzepak kontra gra na skrzypcach. Wyobraźmy sobie zamiast naszego grającego dziecka, dziecko na trzepaku. Czy godzinami z przyjemnością będziemy oglądać, jak dłubie pestki i gada z koleżankami? Czy będziemy z przejęciem opowiadać rodzinie, pokazywać filmiki, jak zrobiło fikołka do tyłu? Oglądać w telewizji konkurs robienia fikołków na trzepaku? Być dumnym z siebie w dorosłym życiu, że nauczyłem się zwisać nogami w dół bez trzymanki i wykorzystywać tę umiejętność?

    A zresztą, pokażcie mi dziś te dzieci na trzepakach, bo ja jakoś ich nie widzę. 
    Dziś dzieciństwo zabierają tablety, smartfony i komputer. Wygospodarowanie pół godziny, a w starszych klasach godziny-półtorej dziennie na grę nie jest żadnym problemem, choć jeśli lubicie często wyjeżdżać na weekendy, a dziecko gra na pianinie i nie może zabierać ze sobą instrumentu, to wymaga to pewnej logistyki (np. lekcja rano w sobotę i po powrocie w niedzielę). Jak od czasu do czasu odpuścicie, to świat się nie zawali, a nauczyciel nie zorientuje. Oczywiście mowa tu o dziecku, które chce szkołę przejść na poziomie przeciętnym, powiedzmy czwórkowym lub piątkowym, jeśli zdolniejsze. Dzieci konkursowe i genialne poświęcają na grę dużo więcej czasu. Na zabawę mają go niewiele, ale coś za coś.
  1. W szkole panuje niezdrowa rywalizacja i zawiść.
    Ja tego nie zauważyłam, może dlatego, że moje dziecko geniuszem nie jest i nie wzbudza żadnych zawiści, a ja sama szczerze podziwiam lepiej grające dzieci. Dzieciaki są super, wrażliwe, kreatywne, grzeczne.
3. Poziom jest niższy niż w innych szkołach.
He, he. A może być jeszcze niższy? Że co, że córka będzie umiała usłyszeć septymę i zaśpiewać trójdźwięk toniczny w gamie as-dur, ale nie będzie miała pojęcia, czy w mejozie telofaza następuje po anafazie czy odwrotnie? Nikt nie przewidzi, jakie informacje jej się w przyszłości przydadzą, zresztą wydaje mi się, że w podstawówce ten poziom raczej jest wyższy niż w zwykłych szkołach, a dzieci mają po prostu więcej roboty. W drugim stopniu następuje dużo większe ukierunkowanie na przedmioty muzyczne i z tego względu inne przedmioty ucierpią. Ale drugi stopień to już dla prawdziwych pasjonatów.

4. Szkoła muzyczna nie jest dla dzieci aktywnych i wysportowanych.
To mit, bo wiele dzieci z OSM uprawia różne sporty, nieraz odnosząc znaczące sukcesy. Nie brakuje karateków, pływaczek, akrobatek i dżokejek. Inna sprawa, że jeśli chowamy małego Blechacza, to lepiej, żeby sobie palców nie złamał podczas uprawiania cross-fitu. Dlatego dla geniuszy zalecamy szachy i basen. 
Aktywne dzieci znajdą czas na sport. A zresztą, z moich obserwacji wynika, że około 10 roku życia najbardziej żywe srebra przerzucają się na tryb osiadły, czego przykładem moja własna pociecha.

A więc czy warto posłać dziecko do szkoły muzycznej? Na to pytanie każdy tak naprawdę musi odpowiedzieć sobie sam, bo każde dziecko jest inne i każdy rodzic jest inny (ale banały sadzę!). Na pewno warto zaryzykować. A czy było warto, okaże się za jakiś czas. Na przykład w dniu, gdy człowiek usłyszy z ust dziecka: Mamo, nie wyobrażam sobie życia bez grania na pianinie...

piątek, 31 marca 2017

Balkon dla początkujących


Cztery lata temu stałam się szczęśliwą posiadaczką balkonu. Ponieważ zaś ciągnie mnie do grzebania w ziemi, a nigdy nie miałam własnego ogródka, jak tylko odeszło widmo wiosennych przymrozków, a w sprzedaży pojawiły się sadzonki kwiatów (ale jeszcze daleko było do zimnej Zośki), kupiłam doniczki, ziemię i pojechałam na targ po roślinki. I stanęłam przed wielkim dylematem. Jakie rośliny powinna wybrać nieperfekcyjna pani domu, taka, która się nie zna na kwiatach, jest leniwa, roztrzepana i zapewne nieraz zapomni je podlać? Wszystkie ekspertki mówiły jasno: pelargonie. Nie, tylko nie pelargonie! – krzyczały w moim sercu jakieś antydrobnomieszczańskie przesądy. Dlaczego? Bo pelargonie są takie oklepane, takie małomiasteczkowe, drobnomieszczańskie itd., itp, jak myślałam w swoim wielkomiejskim dyletanctwie. Chciałam zaszaleć z czymś oryginalnym, ale potem pomyślałam, że będzie wstyd, jak to coś oryginalne mi uschnie w lipcu i zostanie goły balkon. A więc padło na nieszczęsne pelargonie. Różowe, bo takie mi się najbardziej podobają. A żeby nadać im charakter romantyczny, wzięłam kilka sadzonek komarzycy (jakby to ujął poeta z Częstochowy – co drugą donicę wsadzałam komarzycę).
Po posadzeniu kwiatów balkon wyglądał nadzwyczaj skromnie, ale ile miałam przyjemności przy tym pierwszym w życiu sadzeniu w pierwszych promieniach wiosennego słońca o poranku!

kwiaty na balkonie po posadzeniu pelargonie komarzyca

Mój związek z pelargoniami to było takie małżeństwo z rozsądku, ale wkrótce pojawiło się między nami uczucie. Rachityczne sadzonki szybko odwdzięczyły mi się za stosowanie nawozu w granulacie do każdego podlewania i w lipcu wyglądały już tak:

pelargonie, komarzyca, lawenda, kwiaty, balkon

Komarzyce też polubiły nawóz i rosły jak szalone. Niestety, przez głupotę wsadziłam je do doniczki razem z pelargoniami i komarzyce wyjadły pelargoniom wszystkie mikroelementy, przez co te ostatnie padły na polu bitwy nim minęły wakacje.Tzw. efekt komarzycy:

komarzyca pelargonie balkon

Ale za to jeszcze w czerwcu postanowiłam dokupić pelargoniom śródziemnomorską koleżankę lawendę. Inwestycja się opłaciła, bo nie dość, że lawenda przywabiała urocze pszczółki-robotnice i miło było obserwować, jak zbierają nektar, to jeszcze ładnie przezimowała i za rok miałam za darmo lawendę. W lipcu dokupiłam jeszcze na przecenie sadzonkę czerwonej werbeny (w małej doniczce), ale niestety zszamały ją mszyce. W kolejnych latach zresztą popełniałam ten sam błąd, nie mogąc się oprzeć uroczej werbenie, a jej z kolei nie mogły oprzeć się mszyce i wsuwały ją z apetytem. Niewiele pomogły opryski z wody z czosnkiem. I tu punkt dla pelargonii. Tych śmierdziuszków nie lubi żadne robactwo.
Kolejne punkty pelargonie zaliczyły, gdy dzielnie zniosły wszelkie moje „zapominania podlewania” i wyjazdy. Następne plusy zebrały na początku grudniu. Za co? Za to że były. I nieźle się trzymały.

pelargonie, grudzień, balkon, koniec sezonu
Zamykając sezon kwiatowy, dałam pelargoniom buziaczki i obiecałam, że za rok znów się spotkamy. Od tamtej pory są zawsze moim balkonowym must have i bazą, do której dodaję inne kwiaty.

Kolejne eksperymenty

W następnym roku postanowiłam zaszaleć. Jako bazę wzięłam pelargonie tym razem rabatowe (mają najładniejsze kwiaty, ale nie zwisają, dlatego najlepiej posadzić je na zmianę z jakimiś romantycznymi zwisami). Czułam się już niemal kwiatowym ekspertem, więc zainwestowałam
(z pewna taką nieśmiałością) w niebieską i białą bakopę. Na próbę zrobiłam też donicę z białą surfinią. Te kwiaty zdały egzamin, aczkolwiek wymagają częstszego podlewania niż pelargonie, a po mocnym deszczu przez jakiś czas wyglądają jak szmaty (sorry, surfinie).W wiosennym amoku zrobiłam
w jednej doniczce uroczą kompozycję ze złotego deszczu, czyli uczepu rózgowatego, werbeny i kocanki. 

pelargonie, surfinie, bakopa, werbena, kocanka


Była tak śliczna, że zakochały się w niej mszyce. Dzieła zniszczenia dopełniła ekspansywna kocanka, która najpierw „zdusiła” werbenę i złoty deszcz, a później jak na złość sama zrobiła się brzydka. 
Za to bakopa dobrze rosła, okazała się dekoracyjna, ale kapryśna. W środku lata z niewiadomych przyczyn nagle sobie przestawała kwitnąć:

balkon w kamienicy, bakopa, pelargonie, komarzyca

Za to na jesień sobie zapragnęła zakwitnąć. Ot, księżniczka jedna.

bakopa, pelargonie, kocanka, komarzyca, jesień, balkon, kwiaty


Oczywiście musowo wsadziłam też komarzycę, bo ta roślinka ponoć odstrasza komary i ładnie okrywa balkon. Tym sposobem dochowałam się sporego gąszczu na balkonie, ale ja lubię taki roślinny nieład.

balkon w kamienicy

Te zdjęcia z różnych pór roku dałam po to, żeby pokazać, jak w jednym sezonie zmienia się roślinność. Wydaje mi się, że często zapominają o tym dizajnerzy, którzy robią karkołomne kompozycje balkonowe z różnymi cudnymi roślinami, które w ten dizajnerski sposób wyglądają tak tylko tego jednego dnia. Bo roślinność żyje, bucha, rozrasta się, ginie, usycha, zamiera itd., itp.

Balkon rok później

W kolejnym roku postanowiłam zaszaleć kolorystycznie, sama zadaję sobie pytanie, czy aby nie otarłam się o balkonowy kicz. Ale mam słabość do tęczowych kolorów. Po posadzeniu wyglądało to niezbyt efektownie:

kwiaty na balkonie wiosną

Ale już wkrótce kwiatki odbiły, do pelargonii, bakopy, żółtych i białych nemezji dołączyły surfinie
i jak zwykle wszystko było przestawiane z miejsca na miejsce przez kwiatową nerwicę pani domu.

pelargonie, nemezje, bakopa, surfinie



surfinie, bakopa, nemezje, pelargonie

Nemezje to był jakiś hit sezonu. Pięknie i szybko się rozkrzewiły, ale równie szybko doszczętnie zmarniały w środku lata. A więc precz z mej pamięci, żółte kwiaty.


pelargonie, balkon


pelargonie, surfinie, nemezja, bakopa, komarzyca

Niestety, byłam wtedy w szale kwiatowym, a nie fotograficznym, więc zrobiłam marne zdjęcia.
A w szał fotograficzny powoli wchodzę (świeży zakup lustrzanki), efekty będą widoczne już wkrótce.

W kolejnym roku oszczędnie

Rok później pomyślałam: A na cholerę mi tyle kwiatów, tylko z tym człowiek ma roboty. Postawiłam więc na minimalizm, za to do kwiatów dołączyły pomidorki koktajlowe. Na balkonie owocują jednak znacznie słabiej niż na działce, więc polecam jedynie w celach eksperymentalnych tudzież ozdobnych, jak ktoś ma za dużo miejsca na balkonie.
pomidory gruszkowe, koktajlowe



pelargonie, surfinie, begonia, komarzyca, pomidory gruszkowe









Odkryciem roku okazała się begonia, kwiat ponoć ciężki w utrzymaniu. I nie dla leniwych (mity, he, he!). Ja jednak zachwyciłam się kwiatkiem u sprzedawcy i zaryzykowałam. Ponieważ begonia lubi cień, a ja mam balkon słoneczny (od zachodu), postawiłam ją w cieniu komarzycy, która zawsze się bujnie krzewi. Begonia musi mieć stale wilgoć, najlepiej lać wodę na podstawkę, wtedy nawet jak zapomnimy o podlewaniu, to dziewczyna coś tam sobie popije. To znaczy roślina.

begonia

Begonia dzielnie się trzymała aż do mrozów i żadne robaki jej nie podjadały. Zdjęcie z 17 listopada:

pelargonie, bakopa, wrzos

Jej bulwy można przezimować, ja swoje w tym celu wyjęłam, osuszyłam z ziemi i... nie zabezpieczyłam odpowiednio (trzeba włożyć zdaje się do torfu i trzymać w chłodnym miejscu), bo mi się nie chciało. Jak widać jako przydomowa ogrodniczka jeszcze wiele muszę się nauczyć. Przede wszystkim pracowitości. Jak na razie udało mi się przezimować tylko lawendę, bo... nic z nią  nie robiłam, po prostu zostawiłam na balkonie. 

W tym roku znów będę polować na kwiaty, które miałam dwa lata temu: białe pelargonie bluszczolistne, które stanowią świetną bazę dla kolorów, ale nieczęsto trafiają się w sprzedaży,
a także na cudne surfinie, o niebieskich i fioletowych odcieniach, które też nie zawsze są
w sprzedaży. 


Aha, możecie zapytać, dlaczego jedynym wyposażeniem mojego balkonu jest wieśniacki stołek
i stare krzesło. No właśnie. Postaram się odpowiedzieć w poście o aranżacji balkonu.


Na ten temat napisałam też:
Kwiaty na balkonie, czyli must have 2017
Pnącza na balkonie

Balkon dla początkujących

Cztery lata temu stałam się szczęśliwą posiadaczką balkonu. Ponieważ zaś ciągnie mnie do grzebania w ziemi, a nigdy nie miałam ...